Budynku z początku

Wystąpiłam dzisiaj z KK

2020.11.09 17:31 anti--taxi Wystąpiłam dzisiaj z KK

He,j Polska. Już połowę mojego życia jestem niewierząca, ale jak większość osób w Polsce zostałam ochrzczona, i to tylko dwa miesiące po urodzeniu, kiedy nie potrafiłam jeszcze unosić głowy, nie wspominając o wyrażaniu woli. Pierwszy raz czytałam o apostazji w wieku szesnastu lat, wtedy trzeba było przyprowadzać dwóch świadków, słychać było, że robione jest wiele problemów, ludzi odsyłano do domu "żeby przemyśleli". Wtedy też, jak i później, można było przeczytać wiele opinii w stylu: po co się wypisywać, ja i tak nie wierzę, a oni do statystyki liczą tylko ochrzczonych, nie podają też liczby osób które dokonały apostazji. Wtedy też pomyślałam, że jeśli spotkanie z księdzem ma być przykre, i mam sobie zepsuć nerwy, a faktycznie nie zmieni to wiele, to na razie się wstrzymam.
Najnowsze inby z udziałem kościoła katolickiego w Polsce iednak przekonały mnie do tego, aby chociaż w ten symboliczny sposób wyrazić mój sprzeciw. Dodam, że jestem lesbijką, mam dziewczynę, z którą chcę wspólnie żyć, a od 2007 roku byłam w kościele tylko raz na ślubie koleżanki, nie wliczając wypadów turystycznych. Jestem też z dużego miasta, i trafem okazało się, że wynajmuję mieszkanie w rewirze kościoła, w którym zostałam ochrzczona.
Moja pierwsza wizyta w kancelarii nie przyniosła skutku, bo ksiądz, który tam zasiadał, ogłosił, że oświadczenie o wystąpieniu z KK musi ogarnąć proboszcz, umówił mnie więc z tym proboszczem na dzisiaj rano. Ksiądz nie przedstawił się, więc tak naprawdę nie wiem, z kim rozmawiałam, ja za to musiałam podać imię, nazwisko, i rok chrztu, żeby mógł mnie sobie obczaić w księdze.
Przyszłam dzisiaj ponownie do kancelarii, z dziewczyną, która wspierała mnie i podnosiła na duchu. W kancelarii siedział ksiądz i coś pisał, ale na stole przed sobą miał otwartą księgę i jakiś akt chrztu. Powiedziałam "dzień dobry, mam wizytę z proboszczem". Typ nie odpowiedział mi, tylko wziął telefon, wybrał numer, i rzucił do słuchawki: "jest pani od apostazji". Zanim pojawił się proboszcz, do budynku wszedł jakiś inny facet i słychać było, jak się kręci. Przez otwarte drzwi kancelarii zagadał coś do piszącego księdza, a potem wszedł do środka. Spojrzał w naszą stronę. Powiedziałam mu również dzień dobry, na co on nie odpowiedział, tylko odwrócił się i zaczął gadać z księdzem. Do tej pory nie robiłam tego specjalnie- rozmawiałam z księdzem może ze dwa razy w życiu, kiedy byłam dzieciakiem, jak przychodził ktoś po kolędzie do dziadków, to się chowałam. Tak jakoś mętnie pamiętałam, że oni się inaczej witają, że ludzie mówią do księdza pochwalony, no ale chyba to jasne, że nie każdy musi tak mówić, że to nie jest chamskie po prostu powiedzieć dzień dobry. Jeśli byłabym, nie wiem, buddystką z Indii albo szintoistką z Japonii, powinnam do księdza mówić "niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", bo inaczej mnie oleje, czy jednak powszechnie uznane przywitanie wystarczy?
Proboszcz przyszedł po krótkiej chwili, jemu też powiedziałam dzień dobry, na co również nie odpowiedział. Zaproponował przejście "gdzie indziej", poprowadził nas do jakiegoś swojego biura z tyłu kościoła, w biurze wielki stół, rzeźbione fotele, witraże, czterodrzwiowa szafa Komandor z lustrem i kalendarz reklamujący ornaty. Na pytanie o co chodzi, powiedziałam coś w stylu, że chcę się wypisać, więc przyszłam dać panu pismo. "Panem to ja nie jestem, tylko zwykłym księdzem", rzucił sucharem proboszcz. W biurze przystąpił do ofensywy. "Dlaczego przyszła pani z KIMŚ, skoro to ważna sprawa?" Odpowiedziałam, że właśnie dlatego, że to ważna sprawa. Dość formalnie i profesjonalnie spytał mnie, czy jestem świadoma tej decyzji, ja odpowiedziałam tak, i czy jestem pewna, na to ja, że tak, i skończyły się uprzejmości. Najpierw powiedział, że nie może zrobić tego, o co proszę, bo o ile może umieścić w księdze chrztu informację o tym, że wyraziłam wolę wystąpienia z kościoła, to nie może usunąć moich danych z żadnej księgi. Wyraziłam na to zgodę, i dodałam, że pozostaje mi w takim razie poczekać na zmianę prawa. Ksiądz się na to uniósł, i powiedział, że o takiej zmianie nie ma mowy, bo tak to kościół musiałby spalić dzieła Dantego i Wirgila (xD). Zwróciłam uwagę, że nie o to chodzi w przepisach o ochronie danych osobowych, ale facet nie dał mi dokończyć zdania, tylko chamsko mi przerwał tekstem, że ewidentnie nie znam nawet podstawowych pojęć, a chcę prowadzić tutaj jakąś dyskusję. Ponieważ od początku obrałam taktykę "zachowuj się lepiej niż oni" nie odpowiedziałam, tak jak wcześniej nie polemizowałam z nim i nie przedstawiałam moich argumentów, poza podaniem oświadczenia. Spytałam go, czy może mi poświadczyć odbiór oświadczenia, i znowu nazwałam go "panem", nawet niespecjalnie, na co znowu uniósł się. "Drugi raz już panią proszę, żeby pani się tak nie zachowywała!" "Jak?" "Pani wie jak," "nie wiem, niech mi pan wyjaśni", "Trzeci raz już mi pani ubliża, obraża mnie pani!" Moja dziewczyna widocznie już nie mogła, bo powiedziała spokojnym tonem, że ją też wielokrotnie kościół obrażał. Typ znowu nie dał jej dokończyć, tylko przerwał tekstem "poznaliśmy się przecież dzisiaj, proszę mi tu nie przypisywać jakiejś IDEOLOGII kościoła katolickiego". Aha, tak, panie kierowniku, czemu u pana w firmie śmierdzi? A chuj, nie wiem, nie obchodzi mnje, na mnie się nie skrupi, a w ogóle to ja tu tylko zamiatam.
Ksiądz podpisał to oświadczenie, musiałam z niego wyciągnąć, po co są te trzy kopie- jedna dla mnie, jedna dla niego, a trzecia do kurii, jak się okazuje. Podziękowałam, pożegnałam się mówiąc do widzenia, i wyszłyśmy. Drzwi na zewnątrz były zamknięte na klucz, więc musiałyśmy poczekać, aż typ skończy coś tam w biurze i nam otworzy. Na wylocie powiedział jeszcze, żebym nie zapominała, że bóg mnie kocha, na co odpowiedziałam ponownie do widzenia, i tyle. Podobno za tydzień, dwa będę mogła iść do nich znowu, na trzecią uroczą wizytę, aby odebrać odpis aktu chrztu z adnotacją.
W sumie niewiele się zmieniło, ale uważam że było warto. Dlaczego? 1. Dla zasady, 2. Proboszcz reprezentuje swój kościół. Spodziewałam się rozmowy umoralniającej, ale szczerze? Raczej myślałam, że może pojedzie z troską, "a ślubu w kościele nie chce pani mieć?", albo emocjonalny szantaż light, typu "co powiedzą rodzice?" (Odp: nic), ale ten koleś był po prostu przykry, źle przygotowany, i widać było, że nie panuje nad emocjami. W żaden sposób nie przedstawiał, ani słowami, ani postawą, pozytywnych stron kościoła, wspólnoty, troski, miłosierdzia, łagodności. Kilka razy powtarzał, że czuje się obrażony nazywaniem go "pan"- bardzo śmieszne biorąc pod uwagę że KK nazywa mnie "zarazą" i "ideologią", podobno to lewaczki z tumblra mają o wszystko ból dupy- a więc w tym starciu w konkursie na największy ból dupy lewaczka z Internetu 0, KK 1. 3. Doświadczyłam tego sama i mogę teraz poopowiadać o tym rodzinie i znajomym, a szczerze, jeśli miałabym wyrazić moją największą nadzieję i marzenie, do czego mogłyby doprowadzić obecne protesty, to chciałabym, żeby dzięki nim więcej ludzi zaczęło zauważać negatywne strony KK, żeby nie chrzciło dzieci, nie przyjmowało po kolędzie, nie brało ślubów kościelnych.
To chyba wszystko. Z fartem mordeczki.
submitted by anti--taxi to Polska [link] [comments]


2019.10.22 11:06 McDonough89 [Mores kulturowy] Bycie sąsiadem a mówienie sobie cześć/bycie na ty

Hej reddicie, pomóżcie, bo nie wie czy coś ze mną jest nie tak :D
Przepraszam za długi wywód, nie chcę, żeby to były jakieś niejasności i chcę podkreślić, że poniższy tekst nie jest narzekaniem albo skarżeniem się na cokolwiek - chcę po prostu wypełnić lukę w mojej wiedzy i, jeśli okaże się to konieczne, dostosować się do nowych obyczajów (?).
TL:DR - czy fakt bycia sąsiadem daje z automatu prawo do mówienia komuś na ty?
Na początku muszę tylko powiedzieć, że mam 30 lat i na tyle na ile pamiętam z moich dotychczasowych doświadczeń i z ogólnego wychowania, sąsiad, tj. nie tylko osoba mieszkająca zaraz za ścianą, ale również np. osoba mieszkająca w tym samym budynku lub w tej samej wspólnocie mieszkaniowej (np. współdzieląca halę garażową), zawsze był osobą, którą, jak się np. spotka na klatce schodowej albo na chodniku przed blokiem na spacerze z psem, dobry obyczaj każe przywitać, zachowując jednakowoż bardziej formalny rejestr: "Dzień dobry". Tak było np. kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami i dotyczyło nie tylko mnie samego (wówczas dzieciaka) ale również moich jak najbardziej dorosłych rodziców, którzy sąsiadom mówili zgodnie "Dzień dobry", a "cześć" rezerwowali wyłącznie dla osób, z którymi mieli jakąś bliższą relację (np. chodzili razem czasami do knajpy i byli to wówczas bardziej ich -znajomi- a nie już tylko -sąsiedzi-).
Takie przeświadczenie przeniosłem później już do samodzielnego życia i, mieszkając teraz już we własnym mieszkaniu z żoną (myślącą pod tym względem podobnie do mnie), spotykając sąsiada, z reguły uśmiecham się do niego i mówię "Dzień dobry".
Kilka tygodni temu zauważyłem jednak pewną tendencję, że niektórzy z moich sąsiadów, przy czym są to osoby, których w zasadzie w ogóle nie znam i ledwo kojarzę ich po twarzy, z lubością witają mnie słowem "cześć". Powiedziałbym, że stanowią jakieś... 20% napotykanych sąsiadów (pozostali albo pozostają przy dzień dobry, albo nie mówią nic) i są to osoby w wieku porównywalnym do mojego. W większości tych przypadków nie wiem nawet, w której klatce te osoby mieszkają. Początkowo dziwiło mnie to bardzo i kilka razy mnie totalnie zatkało, więc nie odpowiadałem nic. Potem już się reflektowałem, wciąż jednak odpowiadając im, mimo wszystko, "dzień dobry". Myślałem że może dam w ten sposób im do zrozumienia, że niekoniecznie czuję się z takim "cześciowaniem" komfortowo, ale nie przyniosło to żadnego wymiernego efektu.
Dziś rano w przeciągu jednej minuty, podczas spaceru z psami, trzy różne mijane po kolei osoby powiedziały mi na powitanie "cześć". Po trzecim razie coś we mnie pękło, i odpowiedziałem tej osobie "Przepraszam, czy my się znamy?". Pan popatrzył na mnie dość... dziwnie, po czym powiedział: "Przecież jesteś sąsiadem". Zapytałem więc, "To że jesteśmy sąsiadami to od razu mówimy cześć?". Człowiek ten wówczas, ewidwentnie uznając mnie za osobę dziwną, parsknął śmiechem, machnął ręką, pokręcił głową, odwrócił się i poszedł dalej bez słowa. Cóż, może wyszedłem w najlepszym wypadku na starego pierdziela (lat 30?), a w najgorszym na chama, ale nie kłamię, że jestem tego rodzaju zachowaniem totalnie skołowany.
Reddicie - czy doszło do jakichś fundamentalnych zmian w moresie obyczajowym w naszym kraju? Czy to jest jakaś niepisana solidarność millenialsów? Czy jestem dziwny, że dyskomfort sprawia mi adresowanie mnie per ty przez de facto obce osoby? Czy brzmię jak stary dziadyga narzekający na dzisiejszą młodzież? MUSZĘ WIEDZIEĆ
submitted by McDonough89 to Polska [link] [comments]


2019.09.24 00:56 kochampiwerko Tajemniczy wędrowiec w górach [copypasta]

Anonki, nie uwierzycie co mi się ostatnio przydarzyło. Jestem sceptykiem i ateistą, bajki o duchach, demonach i pustynnych demonach kompletnie mnie nie ruszają. Książki Dawkinsa stoją na centralnym miejscu w moim pokoju. Obejrzałem wszystkie odcinki pogromców mitów i Pen & Tellera. Jestem wielkim koneserem horrorów, począwszy od włoskich klasyków w stylu Dario Argento po najnowsze produkcje Ari Aster. Mimo to, nic mnie nie przygotowało na to czego doświadczyłem w zeszłym tygodniu... w polskich górach. No, ale od początku. Studia nie za bardzo mi wyszły, więc wylądowałem na magazynie, ostry zapierdol za krajową minimalną. Miałem wtenczas jedno marzenie: odłożyć kasę wspólnie ze swoją dziewczynę na wymarzone wakacje w Grecji na wyspie Lesbos (xD) ... niestety loszki to kurwy i w lipcu nakryłem ją jak poszła do łóżka z Sebixem poznanym na Tinderze. Nie dość, że ich nakryłem w kiblu swojego mieszkania (mieszkaliśmy razem wynajmując 3-pokojowe mieszkanie jeszcze z jednym znajomym) to jeszcze Sebix złapał triggera i mi wpierdolił. Oczywiście zerwaliśmy, a ja wpadłem w depresję. Wkurwiony, zdewastowany potrzebowałem odpoczynku i relaksu, niestety nie byłem nawet w stanie wyjechać samemu do tej jebanej Grecji, więc postanowiłem że pojadę w jakieś znacznie bliższe i tańsze miejsce, Tatry. To był największy błąd mojego życia. Gdybym wiedział że tak to się skończy to z chęcią bym ojebał pęto temu Sebixowi, i to jeszcze z połykiem, tylko żeby Baśka mnie nie zostawiła, a ja nie wyjechałem w Tatry.
Poczekałem na początek września, żeby nie było już gówniaków. Dodatkowo chciałem poczekać trochę aby być na tyle wyposzczonym seksualnie, żeby większych wyrzutów ruchać góralki w remizie. Miałem takie libido, że ruchałbym jak Testoviron Agniechę.
Wynająłem sobie mały pokój hotelowy w pewnej zapomnianej przez XXI wiek wiosce. Klimat jak z Wiedźmina, tylko dobrej muzyki brak. Turystów już nie ma, więc lokalsi wkurwieni, bo nie mogą napierdalać 500% marży dla Warszawiaków na starą kiełbasę w gospodzie. Na pierwszy dzień zechciałem jak najszybciej wyruszyć w góry, żeby sobie pooglądać piękne widoki. Szybko zerknąłem na mapę, odnalazłem w miarę ciekawy szlak i wyruszyłem w drogę.
Cudownie, słońce jeszcze grzeje, ptaki śpiewają, wiatr miło powiewa a żywej duszy w promieniu kilku kilometrów, a przynajmniej tak myślałem. Wchodzę sobie na górę, jestem już w połowie drogi, zaczyna się robić trochę bardziej stromo. Widzę już w odległości piękny punkt widokowy. Niestety pogoda zaczęła się gwałtownie zmieniać, nie było jakiś ekstremalnych warunków, żeby pioruny napierdalały w krzyże zabijając wszystkich dookoła, ale było niestabilnie: lekka mżawka, ponury klimacik, nasilający się z każdą minutą wiatr. Doczołgałem się do tego punktu widokowego i nagle patrzę, a tam na ławce siedzi jakiś mężczyzna. Jestem raczej introwertykiem z dużego miasta, więc starałem się tylko lekko odsapnąć i kontynuować podróż nie zawracając gitary tajemniczemu podróżnikowi. Nagle - bez odwracania głowy - zapytał delikatnym głosem: "Kto uczynił całe to piękno poddane zmianom, jeśli nie Piękny, nie podlegający żadnej zmianie?". Przestraszony poczułem jak bicie mojego serca przyspiesza. Odsapnąłem tylko szybko: "Tak, tak". Wtedy też bliżej przyjrzałem się temu jegomościowi, bo jego kształty wydawały się znajome. Starszy, ale dobrze zbudowany mężczyzna w białej kurtce i z białym kaszkietem na głowie. Obok niego stała potężna laska do podpierania się. Wiatr zaczął wiać coraz mocniej, a starzec pozostawał niewzruszony.
"Proszę Pana, będziemy musieli chyba zejść z góry, bo zaczyna się robić powoli niebezpiecznie". - przezornie zasugerowałem.
Na co on gwałtownie odparł: „Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary? Odwagi! To Ja jestem”
"Eee, przepraszam? Ale Pana chyba nie znam..." - i wtedy on się odwrócił i wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Już wiedziałem kim ON jest. To święty Jan Paweł II, nie żyjący już Jan Paweł II. Nic nie powiedział, tylko się wpatrywał mi prosto w oczy, czułem jak jego wzrok mnie wewnętrznie penetrował, nawet kukle zaczęły mnie swędzieć.
"Panie... jeśli to Ty jesteś..." - nie zdążyłem nawet nic powiedzieć, bo od razu mi przerwał krzycząc - "Przyjdź!". Zacząłem się cały trząść, ale podszedłem do niego. Zauważyłem wtedy, że ma na ziemi obok sobie miskę z wodą.
"Zdejmij buty" - rozkazał stanowczo. Nie wiedziałem co powiedzieć, zacząłem rozważać scenariusz, że straciłem przytomność na trasie i zacząłem sobie to wszystko śnić albo że złapał mnie seryjny morderca i mój umysł nie jest sobie w stanie z tym poradzić. Zamarłem w bezruchu. On zauważając mój strach stonował trochę głos i zadał niespodziewane pytanie: "Czy masz dzieci?". Ja tylko szybko odpowiedziałem: "Nie, nie, jestem 30-letnim kawalerem. Żadnych dzieci". Ze smutkiem tylko odpowiedział "Szkoda" i złapał za mojego buta. Pomimo tego że nie dotykał bezpośrednio mojego ciała to poczułem lodowaty chłód. Paraliżujący chłód. On tylko delikatnie rozwiązał mojego buta, zdjął i zaczął powoli zdejmować skarpetkę. Wtedy dotknął swoimi starczymi dłoniami mojej nagiej stopy. To było niesamowite wrażenie, ten potęgujący paraliżujący chłód zaczął ogarniać całe moje ciało. Ale to był taki "gorący chłód". To dziwne, ale poczułem dzięki temu podniecenie i pewna część ciała nawet ożyła. Papież czy też raczej magiczny stupkarz przypominający Wielkiego Polaka masował namiętnie moją stopę. Powoli włożył do miski i delikatnie obmywał ją letnią wodą. Wyjął, przyłożył do swoich ust i pocałował. Nagle cała ta energia którą miałem w ciele eksplodowała... na tyle że upadłem na Ziemię. On wstał, napluł do miski w której była moja stopa i następnie zaczął wymawiać jakieś słowa po chyba łacinie albo w grece. Zrobił znak krzyża nad tym i wylał tą całą ciecz na moją twarz. Co ciekawe, była koloru czerwonego jak wino, ale to ostatnia rzecz jaką pamiętam.
Obudziłem się. Nie było w okolicy śladu ani papieża ani miski z wodą, ani nawet złej pogody. Słońce świeciło, a ja leżałem na Ziemi z gołą stopą. Spojrzałem na zegarek i... minęło tylko 15 minut od czasu dotarcia do punktu widokowego. Zacząłem sobie to racjonalizować w różny sposób, że się wywaliłem i straciłem przytomność, że Polska Armia robiła jakieś tajne eksperymenty w okolicy czy cokolwiek, każde inne wyjaśnienie wydawało się bardziej racjonalne niż to co mnie spotkało. Uspokojony, ubrałem buta, zacząłem się zastanawiać czy kontynuować i zapomnieć o wszystkim czy wracać i się najebać w lokalnej knajpie. Szybko jednak podjąłem decyzję, wystarczyło że zbliżyłem się do ławki na której siedział Jan Paweł II. Ławka miała drewniany, jasno-brązowy kolor. Coś przykuło moją uwagę, dostrzegłem, że słoje drewna tworzą pewien kształt. Kształt twarzy papieża. Żółtej twarzy papieża. Przestraszyłem się i zacząłem zbiegać z góry jak najszybciej się da. Wpadłem do najbliższego monopolowego i kupiłem 2 litry wódki. Sprzedawca, stary góral zapytał ze zdziwieniem: "Dlaczego jesteś taki dziwnie spięty, co się stało?". Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć. Powiedziałem bardzo dyplomatycznie, że przestraszył mnie jakiś dziwak na szlaku. Góral tylko pokiwał głową i zaczął krótką opowieść: "Chyba wiem o czym mówisz. Od 2005 roku co jakiś czas pojawia się historia wśród turystów o tajemniczym wędrowcze przemierzającym lokalne szlaki. Wśród lokalnych mieszkańców nosi on nazwę "Żółta Morda". Zadaje dziwne pytania, chce obmywać ludziom nogi. Niektórzy twierdzą, że to jakiś Karol Wojtyła, ale nie wiem o kogo chodzi. Smutna historia, słyszałem plotki że niektórzy z tych turystów wylądowali w psychiatryku". Zdziwiony zapytałem: "Ale jak to? Nie wiesz o kogo chodzi? Papież Polak, Jan Paweł II, największy katolik i ped..." - przerwałem bo poniosła mnie trochę internetowa narracja. Góral się tylko zaśmiał i powiedział: "Eh, pilnuj się kolego. Inni też tak dziwnie gadali. Nie ma żadnego katolicyzmu, jeszcze pamiętam jak w 1965 podczas II Soboru Watykańskiego arcybiskup Bugnini zaskoczył wszystkich i zamknął Kościół Katolicki ogłaszając erę ateizmu i wolności od zabobonów. No ale jak widzę dalej są osoby, które wierzą w istnienie papieży na szlakach w górach... heh.". Kompletnie zadziwiony, pomyślałem że gość robi sobie ze mnie jaja. Rzuciłem mu pieniądze, wziąłem butelki wódki i pognałem do swojego wynajmowanego pokoju. Biorę telefon do ręki, szukam sygnału po całym budynku, nagle znalazłem jeden punkt w którym łapała mi jedna kreska. Cyk, włączamy LTE i... nie wiem jak to opisać. Z nagłówków medialnych wyglądało na to, że Kościół rzeczywiście upadł, Islam jest progresywną i liberalną religią, a w USA jest tradycja corocznego palenia kukły papieża na cześć upadku Kościoła. Zacząłem pić. Dużo. Jedną butelkę wydoiłem w ciągu 15 minut. Czułem się najebany, i nagle usłyszałem mocne jebnięcie gdzieś niedaleko. Nagle kolejny huk, zaintrygowany podszedłem do okna... i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Po górach chodził ogromny Jan Paweł II i miotał kawałkami Tatr w góralskie domki. I jeb, i jeb, i jeb. Ludzie na ulicach, chaos, a gigantyczny Papież z szyderczym uśmiechem miota skałami w ludzi. Podszedł do mojego okna - poczułem że się wtedy zesrałem, dosłownie zesrałem w gacie - zajrzał jak jakaś Godzilla do środka i powiedział szeptem (takim szeptem że trzęsły się ściany) "Dzięki, dzięki wodzie ze stupek byłem w stanie w końcu zdobyć wystarczająco dużo mocy, aby móc przejąć władzę na tym światem, nie jesteś mi już potrzebny". I wtedy złapał mnie i rzucił sobie do mordy. Żółtej mordy. Znowu straciłem przytomność.
Obudziłem się... w tym samym miejscu co poprzednio. Punkt widokowy, minęło 15 minut od pierwszego zniknięcia. Wstałem i automatycznie pobiegłem do swojego hotelu. Złapałem za tel, LTE, patrzę na newsy... i poczułem mega ulgę. Wszystko było ok, kolejny ksiądz oskarżony o pedofilię, PIS u władzy, katojebawka dalej działa. Na następny dzień spakowałem się i uciekłem z tego potwornego miejsca. Przeczekałem cały tydzień aż do dzisiaj, aby to wam opowiedzieć. Nie mam żadnego racjonalnego wyjaśnienia na to wszystko. Jak zamykam oczy to widzę papieża. Boję się każdego dnia. Nigdy więcej gór, nigdy więcej. Macie jakieś pomysły co to mogło być? A może ktoś doświadczył czegoś podobnego? Papież widmo? Góralski stupkarz? Papież z innego wymiaru porywający ludzi?
submitted by kochampiwerko to Polska [link] [comments]


2018.07.11 15:21 Arald98 Pasta o Julce

PROLOG
lvl 9 Dawid idę sobie radośnie do podbazy to jeszcze ten czas, w którym lubi się chodzić do szkoły na początku lekcja Religii, potem przerwa - czas zabaw wszystko supi, gramy sobie w berka myślałem już, że to będzie taki piękny dzień gdy Golem przyszedł do szkoły... Golem był dwa lata starszy, i ciągle się nade mną znęcał nauczyciele nic mu nie robili, bo jego ojciec wpłacał im jakieś dotacje na kiju właśnie biegłem od ściany do ściany, aby uciec przed berkiem wtedy Golem znikąd podstawił mi nogę i przewróciłem się na twarz straciłem wtedy chyba trzy zęby mleczne przechodząc rzucił tylko ze śmiechem "Uważaj jak biegasz młody!" moje oczy zalały się łzami a koledzy zaczęli śmieszkować byleby przypodobać się Golemowi taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy zawsze, gdy chciałem być sam, uciekałem do szkolnej kotłowni mój tata - konserwator pracujący w szkole zawsze był zajęty i nie zauważał jak przemykam przez jego pokój żeby wejść do dziury znajdującej się za dużym bojlerem pomieszczenie, do którego prowadziła dziura (nazywane przeze mnie Smoczą Grotą) mogłoby pomieścić trzech dojrzałych mężczyzn jednak sama dziura, była nawet dla małego mnie dość ciasna jak zwykle wtuliłem się w kąt wyłożony miękką gąbką po chwili, po przeciwnej stronie Groty usłyszałem jakiś dźwięk na początku uznałem, że to tylko syczenie rury podłączonej do bojlera jednak gdy po chwili źródło dźwięku zaczęło świecić mi w oczy latarką okazało się, że jest to mała dziewczynka siedziała skulona w kącie i płakała, na mój widok odrobinę się przestraszyła jako mały gówniak jeszcze nie do końca wiedziałem jak into loszki więc zacząłem rozmowę najlepiej jak potrafiłem:
(D)awid - "Co robisz w mojej kryjówce? Idź stąd!" (J)ulka - "To wcale nie twoja kryjówka, jest tak samo moja, jak i twoja!" D - "Byłem tu pierwszy! Zaraz powiem mojemu tacie i cię stąd wygoni!" J - "To zróbmy tak - ty pozwolisz mi tutaj siedzieć, a ja pomogę ci rozprawić się z tym chłopakiem, który ci dokucza." J - "Przecież dlatego tu siedzisz i płaczesz, prawda?" D - "Wcale nie płaczę! Nie jestem frajerem! A skąd wiesz, że Golem mi dokucza?" J - "Golem?" - zaśmiała się pod nosem, jakby chciała sprawiać wrażenie, że ukrywa coś przede mną J - "Twój Golem to tak na prawdę całkiem pocieszny chłopak, każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" D - "Niech będzie! Mamy układ, nie wierze ze Golem się ode mnie odczepi przez jakąś babę!" J - "Podaj mi mały palec" - powiedziała wysuwając malutki palec prawej ręki, który zdawał się znikać w świetle latarki złapałem ją za palec używając mojego, tak właśnie miała się rozpocząć moja wieloletnia przygoda z Julką plan zgładzenia Golema stworzony przez Julkę był bardzo przebiegły na początek, miałem odciągnąć szkolną sekretarkę z sekretariatu przygotowałem czerwoną farbę i rozcieńczyłem wodą bez zbędnych ceregieli, gdy drzwi do sekretariatu się otworzyły wylałem na siebie zawartość przygotowanego pojemnika i zacząłem krzyczeć gdy ja trzepałem się na ziemi i zebrałem wokół siebie jakiś tuzin nauczycieli - Julka podeszła do komputera w sekretariacie i wydrukowała około trzydziestu zdjęć ojca Golema - pana Żarowicza oczywiście moi rodzice zostali wezwani do szkoły i miałem karę na wychodzenie z domu, ale jak niedługo później się przekonałem opłacało się gdy następnego dnia przyszedłem do szkoły na każdej ścianie było zawieszone zdjęcie ojca Golema z dorysowanym wąsem i napisem "ŻARÓWA PARÓWA" jak przystało na śmieszków w naszym wieku Golem gdy przyszedł do szkoły i zobaczył swojego starego na drzwiach ubikacji zaczął krzyczeć, że dowie się kto to zrobił i zabije afera na całą szkołę, specjalnie zwołali rodziców większości uczniów żeby znaleźć sprawcę ale to był dopiero początek poczekaliśmy aż wszystko się uspokoi w międzyczasie trochę lepiej poznałem Julkę
Dziewczyna jest rok młodsza ode mnie, ma krótkie blond włosy, które często wiąże w kitki. Jej tata importuje owoce i warzywa zza granicy i sprzedaje wielu firmom w Polsce. Jej mama jest malarką i aktorką teatralną. Lubi czytać książki i oglądać filmy oraz malować. Przez 8 lat przeprowadzała się kilka razy. W skrócie - życie zupełnie inne od mojego. Ja - syn szkolnego konserwatora i bezrobotnej chorej matki żyłem w zupełnie innym świecie.
kolejną fazą naszego planu, było dać znać Golemowi kto stąpa mu po piętach, jednocześnie będąc odpornym na kontrataki planem było wkręcić mu, że mamy zdjęcia jak pije piwo i wyślemy jego tacie wszyscy w szkole wiedzieli, że Golem rzeczywiście popija od czasu do czasu zobrazujcie to sobie - mały chłopaczek i drobna dziewczynka grożą dwa razy większemu chłopakowi prosto w twarz oczywiście - plan nie wypalił w głowie przewijały mi się wszystkie możliwe sytuacje, od spłukiwania w toalecie po łamanie kości starałem się jednak udawać pewnego siebie, byłem przekonany, że Julka wpadnie na jakiś pomysł jednak gdy się odwróciłem, zauważyłem ją schowaną za drzwiami łazienki i stałem tam, sam na sam, ja i mój odwieczny wróg Golem zaczął napierać na mnie chcąc mnie złapać całe życie przeleciało mi przed oczami, a nie było ono za długie próbując zablokować cios Golema, instynktownie podniosłem kolano do góry, utrzymując się na jednej nodze dzięki bogu zrobiłem to w odpowiednim momencie i w wyniku mojej paniki mój przeciwnik już leżał na ziemi oszołomiony ciosem z kolana w brodę wtedy wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się na widok płaczącego Golema ja jednak wcale nie byłem szczęśliwy, nie mogłem uwierzyć, że w momencie apogeum naszego starcia Julka zostawiła mnie samego po chwili zobaczyłem ją wybiegającą z toalety, z uśmiechem na twarzy odsłaniającym brakujące mleczne zęby podbiegła i wystawiła rękę jednoznacznie licząc na zwycięską "piątkę" D - "Dlaczego mnie tu zostawiłaś? Mogłem zginąć!" J - "Wcale nie! Wiedziałam, że ci się uda, musiałeś tylko uwierzyć w siebie" D - "Po prostu przyznaj, że się wystraszyłaś i uciekłaś... W końcu jesteś dziewczyną, nie wiem czego się spodziewałem" odszedłem pozostawiając Julkę z pobłażliwą miną, nie wydawała się ona smutna, wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu czuła radość i dumę następnego dnia Golem przeprosił mnie za wszystko co mi zrobił, wytłumaczył, że jego ojciec zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, nie ma dla niego czasu i tylko na mnie odreagowywał od tego czasu zacząłem kumplować się z dwa lata starszym chłopakiem imieniem Grzesiek w końcu "każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" zobaczyłem się z Julką i spytałem, dlaczego ona płakała gdy spotkaliśmy się w Grocie odpowiedziała "Mój tata miał wypadek" nagle zbladła po chwili ciszy spytałem "Zostaniesz moją przyjaciółką?" uśmiechnęła się do mnie i pobiegła w stronę klasy
AKT I
lvl 14 przyjaźnię się od dłuższego czasu z Grześkiem właściwie to dzięki niemu stałem się dość popularny w szkole no i oczywiście jest jeszcze Julka jej ojciec zginął w tamtym wypadku zabrał ze sobą czteroosobową rodzinę z nadjeżdżającego zza zakrętu pojazdu od tamtego czasu bardzo się do siebie zbliżyliśmy, spędzaliśmy więcej czasu razem niż samotnie łączyło nas kilka zainteresowań - filmy, podobny rodzaj muzyki mimo wielu różnic, a może właśnie dzięki nim bardzo dobrze się dogadywaliśmy i zawsze mieliśmy jakiś temat do rozmowy w każdej szkole istnieje podział na kilka grup popularni, nerdy, metalowcy itp. itd. my tworzyliśmy swoją własną - we dwoje każdy ze szkoły nas znał, chociaż nic o nas właściwie nie wiedział nazywano nas pobłażliwie "Kochasiami" w pewien piątek wracałem do domu bardzo późno, pomagałem w organizacji dyskoteki szkolnej była zima, bardzo szybko się ściemniało szedłem właśnie aleją, która skraca moją drogę do domu o jakieś 300m rodzice zawsze zabraniali mi tędy chodzić nocą, nie ma tutaj żadnych reflektorów i często nocują tu bezdomni księżyc świecący między budynkami odbijał się w kałużach powstałych po niedawno wytopionym śniegu na budynku po lewej świeci lekką purpurą hotelowy neon pod skórzanymi butami słyszę powolny, harmonijny dźwięk pluskającej wody nagle staje się on dużo szybszy zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną biegnie zacząłem biec przed siebie w strachu przed przestrogami rodziców w końcu skręciłem chowając się w wejściu do miejscowej rzeźni stałem odwrócony do ściany, licząc na szczęście cały się trzęsłem nagle poczułem delikatny dotyk na moich plecach oczywiście przestraszyłem się i krzyknąłem jako odpowiedź otrzymałem "Cicho bądź głuptasie!" wtedy zdałem sobie sprawę, że to Julka odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy zasłoniła mi usta delikatną drobną dłonią wyraźnie dając mi znak abym zachował ciszę za jej plecami zauważyłem dwa cienie szybko przemykające przez aleję staliśmy tak około dwóch minut, Julka cały czas trzymała rękę na moich ustach w końcu wyjrzała zza rogu i dała mi znak do wyjścia w drugiej ręce trzymała dużą butelkę szkockiej D - "To ty pijesz?" J - "Jasne, że nie!" - odpowiedziała z cichym śmiechem, jakby nadal bała się, że "cienie" wrócą D - "W takim razie skąd to masz?" J - "Ukradłam" - grymas na jej twarzy ukazywał samouwielbienie i dumę co bardzo mnie zdziwiło D - "Ukradłaś!? Że co?" J - "Nie panikuj, odniosę jutro obiecuję!" J - "Chodziło tylko o odrobinę adrenaliny, rozumiesz prawda?" - powiedziała sarkastycznie, jako że wiedziała, iż nigdy nie byłem ryzykantem J - "Masz zamiar tak tu stać? No chodź, pokażę ci coś!" pobiegłem żwawo za Julką, wyraźnie podekscytowany, zawsze uwielbiałem jej tajemniczość po 30. minutach już staliśmy pod budynkiem szkoły za dziurawą rynną leżała drewniana płyta, która po odsunięciu odsłaniała wybite okno dające dostęp do kotłowni szkolnej Julka odważnie wskoczyła do środka i wyciągnęła w moją stronę rękę z uśmiechem wskoczyłem za nią, po chwili już staliśmy przed "Smoczą Grotą" staliśmy tam dobre pięć minut, wtedy złapała mnie za rękę i przytuliła do ramienia miała na sobie kremowy sweter, czarną spódnicę do kolan i czarną czapkę założoną na uszy w taki sposób aby odsłonić jedynie jasną grzywkę lekko powiewającą przez ciepłe powietrze ze szkolnej wentylacji po chwili gwałtownie wzięła z biurka młotek i zaczęła powiększać wejście do Groty weszła do środka i pociągnęła mnie za rękę usiedliśmy oboje oparci o miękką wykładzinę Julka wyjęła z plecaka świecę i z pomocą zapałek rozpaliła ją rozświetlając małe pomieszczenie oparła głowę o delikatną ścianę, jej oddech uspokoił się, stał się ledwo słyszalny J - "Myślisz, że kiedy nas już tu nie będzie, to czy ktokolwiek będzie za nami tęsknił?" jej głos był spokojny i melodyjny, był cichy ale rozniósł się po kotłowni harmonijnym echem D - "Nie wiem i szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie to" J - "Właściwie to mnie chyba też nie..." jej ciemnozielone oczy zaszkliły się, widać było w nich rozmyty blask świecy D - "Ale zawsze możemy liczyć na siebie, prawda?" momentalnie rozpromieniała a na jej twarzy pojawił się stłumiony uśmieszek, jakoby spodziewała się moich słów przez chwilę patrzyliśmy wspólnie w ogień świecy odwróciłem się próbując coś powiedzieć zobaczyłem leżącą spokojnie Julkę, jej oddech był rytmiczny i spokojny - spała przykryłem ją moim płaszczem i zabrałem butelkę whiskey wyszedłem z dziury i odniosłem butelkę do sklepu, przepraszając za to co zrobiłem na szczęście sprzedawca okazał się całkiem miłym facetem wróciłem do szkoły i położyłem się obok Julki po chwili zasypiając
AKT II
lvl 17 wyprowadziłem się do miasta, tak się złożyło, że razem z Julką nowe znajomości, pierwsze inby właśnie na jednej z nich poznałem Natalię wysoka, śliczna brunetka, marzenie każdego faceta w okolicy trochę zacząłem olewać Julkę, w moim domu ciągle przesiadywała pierwsza miłość Julka wydawała się uradowana, że miałem dziewczynę bardzo zmieniła się przez te kilka lat, stała się bardziej skryta i cicha nawet zaczęły się lubić - wspólnie malować paznokcie i inne takie babskie sprawy cieszyłem się, ale w głębi duszy miałem nadzieję na odrobinę zazdrości minęły trzy miesiące a Natalia zamieszkała z nami nasze mieszkanie było całkiem spore, tylko dwa pokoje ale z pokaźną powierzchnią w szkole szło mi świetnie i w dodatku w każdy weekend inby ze śliczną dziewczyną moją osiemnastkę spędziliśmy w trójkę w plenerze, nie chciałem robić z niej imprezy gdy Julka zasnęła przeżyłem swój pierwszy raz z Natalią mijały kolejne tygodnie od czasu do czasu wpadał do nas Grzesiek ale nie będę tracił czasu na opisywanie moich relacji z nim w każdym razie był to mój najlepszy kumpel pewnego razu poszedłem z Grześkiem i Natalią do klubu Julka musiała uczyć się do egzaminu i tak zawsze tylko stała przy barze i wychodziła bardzo szybko typowa imprezowa rutyna lufa, lufa, do łazienki na blanta, kolejna lufa minęło tak z 2 godziny na tańczeniu, ładnie się wkręciłem poznałem jednego Tomka, gadaliśmy sobie o filmach, wydawał się spoko mordeczką z oczu zniknęli mi Grzesiek i Natalia no to idę do łazienki ich poszukać, nawet w damskiej sprawdziłem - nic idę na parking zapalić fajkę no a z mojego samochodu słychać jęki otwieram drzwi a tam Grzesiek pier,doli moją dziewczynę oczywiście tłumaczenie, że to przez alkohol i zioło kazałem im obu spier,dalać do domu wróciłem wkur,wiony jak nigdy, zebrałem rzeczy Natalii i wyrzuciłem przed mieszkanie Julka nawet o nic nie pytała, wyraźnie wyczuła co się stało położyłem się do łóżka całą noc nie mogłem spać późną nocą do mojego pokoju przyszła Julka stanęła przed moim łóżkiem, w długiej koszulce sięgającej jej prawie do kolan z mokrymi, rozpuszczonymi włosami chwilę tak stała i patrzyła na mnie, chyba myśląc, że śpię jej sylwetka była idealnie widoczna w świetle księżyca przebijającym się przez firany po chwili cicho podeszła do łóżka i delikatnie wsunęła pod grubą, ciężką kołdrę przytulając do mojej piersi oczywiście pomyślałem, że to dość jednoznaczne ale nie myślałem o tym za dużo owej nocy po dużej ilości alkoholu obudziłem się wcześnie rano, obudził mnie dźwięk rozbijanej butelki piętro wyżej Julka wciąż spała a spod puchowej kołdry wystawał tylko jej mały nosek objąłem ją delikatnie przez te wszystkie intensywne dla mnie miesiące ona pilnie się uczyła, nigdy mi nie dorównując lecz będąc niewiele gorsza nigdy nie chodziła na imprezy, zawsze wolała ciszę i spokój od facetów również się odganiała jestem też przekonany, że nigdy się nawet nie całowała - mimo niewątpliwej urody może jest lesbijką? Nie - nie ukrywałaby tego przede mną Natalia miała dwóch facetów przede mną, nie była dziewicą gdy zaczęliśmy być razem poczułem się dość wyjątkowo myśląc, że nikt nie zbliżył się do Julki tak bardzo jak ja mimo, że jedynie się czasem przytulaliśmy, to jej ciało należało do mnie tak jak do nikogo innego nigdy wcześniej co ja w ogóle gadam? ona wcale nie jest w moim typie... to po prostu dobra koleżanka muszę jej powiedzieć, że nic z tego nie będzie wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się i usiadłem na fotelu stojącym przed łóżkiem na którym wciąż spała Julka po jakiś dwudziestu minutach otworzyła oczy ziewając i przeciągając się niczym kot spojrzała na mnie ze słodkim uśmiechem czułem się okropnie będąc zobligowanym do powiedzenia jej co o nas myślę w końcu w ogóle do siebie nie pasowaliśmy! D - "Słuchaj, powiem prosto z mostu... My nie możemy być razem, ja nie myślę o tobie w ten sposób" na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia a jej oczy zalały się łzami D - "To nie chodzi o to, że czegoś ci brakuje, po prostu... nie pasujemy do siebie, wolę inny typ dziewczyny" mój głos stał się drżący, wręcz histeryczny nawet nic nie odpowiedziała, tylko wybiegła z płaczem ubrała się i wyszła
AKT III
Julka wróciła wtedy bardzo późnym wieczorem, śmierdziała alkoholem, była kompletnie pijana było to do niej bardzo niepodobne, wystraszyłem się położyła się na kanapie i zaczęła śmiać opowiedziała mi o poznanym chłopaku, dała mu swój numer i umówiła się za kilka dni chyba nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej wywołało to u mnie zakłopotanie, trochę mnie to dobiło ale w końcu czego się spodziewałem? Sam tego chciałem następnego wieczora poszedłem trochę odreagować na imprezę do pobliskiego klubu oddalonego zaledwie trzy przecznice od mojego mieszkania poznałem tam Weronikę, była bardzo ładna choć inteligencją nie grzeszyła, ale właściwie to tego było mi trzeba po kilku drinkach i gładkiej gadce była moja mi alkohol jakoś do głowy nie uderzył ale zabrałem ją do mieszkania kazałem jej być cicho, żeby nie obudzić Julki ale była tak pijana, że obijała się o wszystko na swojej drodze wreszcie doszliśmy do mojego łóżka, popchnęła mnie na nie i od razu przeszła do rzeczy jakoś nie sprawiało mi to takiej przyjemności jakiej się spodziewałem... nagle w całym mieszkaniu rozbłysło światło w progu drzwi stała Julka i patrzyła na nas przez chwilę zaczęła się wydzierać, że jest moją dziewczyną i kazała Weronice spier,dalać z naszego mieszkania gdy ta wybiegła z mieszkania całkiem naga Julka zaczęła się głośno śmiać mi wcale nie było do śmiechu D - "Wytłumaczysz mi co to było? Myślisz, że możesz odpie,rdalać takie rzeczy!?" J - "Och daj spokój, znajdziesz sobie kolejną idiotkę" D - "Ha! Ty jesteś po prostu zazdrosna bo wcale mi się nie podobasz a od tylu lat się o to starasz!" D - "Zrozum - MIĘDZY NAMI NIC NIE MA - NIC!" trochę mnie poniosło nie... bardzo mnie poniosło J - "Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Ja miałam tyle facetów na twoje miejsce, że nawet sobie nie wyobrażasz ty imbecylu!" J - "Ja robiłam tak dużo dla ciebie! Myślisz, że ktokolwiek zna cię tak jak ja? Że ktokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy tak jak ja bym to zrobiła?" D - "O mnie nie masz co się martwić, ja będę szczęśliwy mogę ci to nawet obiecać!" nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w taki sposób wybuchła J - "Masz rację... To koniec, mi już też nie zależy, idę do Marcina on chociaż o mnie w ogóle dba" D - "Marcina? Doroszańskiego Marcina? hahaha nie mówisz serio prawda?" J - "O co ci tym razem chodzi, co?" D - "Przecież on jest dilerem, nie mów, że nie wiedziałaś" J - "Wiedziałam ale nie obchodzi mnie to, on jest czuły i zależy mu na mnie" D - "No dalej Julka, nie bądź głupia przecież jemu zależy tylko na tym żeby cię zaliczyć i dobrze o tym wiesz!" J - "I może tego chcę! Tylko ty możesz sobie pozwolić na coś takiego?" D - "Daj spokój... ty nie jesteś taka. Przepraszam okej? Nie chciałem cię zdenerwować... Usiądźmy i pogadajmy na spokojnie" J - "Dobre mi sobie!" wybiegła z mieszkania z hukiem, byłem strasznie wkur,wiony wyjąłem z lodówki butelkę tequilli i usiadłem przed telewizorem minęły jakieś dwie godziny, było późno, zacząłem się martwić z głowy nie mogłem wyrzucić obrazu jej kochającej się z tym prostakiem co ja odje,bałem!? przecież zawsze mi na niej zależało! Zawsze ją kocha... czy ja? tak tak! Zawsze ją kochałem! Kur,wa mać co ja zrobiłem! moje serce przepełniła zazdrość i strach mimo, że ledwo stałem na nogach to wsiadłem do samochodu zadzwoniłem do Grześka on gdy tylko odebrał zaczął mnie przepraszać i pytał co się stało ja tylko spytałem o adres Marcina i rozłączyłem się minęło może 10 minut i już stałem przed blokiem, w którym mieszka Marcin wszedłem na trzecie piętro i stanąłem przed mieszkaniem nr. 7 w powietrzu czuć było zapach marihuany i alkoholu wziąłem głęboki oddech i zapukałem energicznie do drzwi otworzył Marcin, jego oczy były całe czerwone, ewidentnie był cholernie naćpany za jego plecami zobaczyłem Julkę, w samej bieliźnie, z strzykawką na stole moje serce na chwilę kompletnie stanęło powodując przeszywający ból w piersi wbiegłem do środka, delikatnie złapałem za szyję Julki próbując wyczuć tętno było bardzo słabe, a może wcale nie jest tak źle? Może to tylko alkohol uderza mi do głowy? w każdym razie muszę jej pomóc! wyjąłem z kieszeni telefon drżącymi rękoma wystukałem 112 po słowach "Potrzebuję karetki na ulicę..." poczułem pistolet przy skroni i usłyszałem "odłóż ten telefon skurwielu" zrozumiałe - zaraz wpadłaby tu policja i Marcin poszedłby siedzieć odwróciłem się do niego twarzą, spojrzałem prosto w oczy z pogardą na jego twarzy zobaczyłem uśmiech, pogardliwy kur,wa uśmiech jakby ze mnie kpił złapałem za jego ręce i podniosłem w taki sposób, że pistolet był skierowany ku górze jednak Marcin, dobrze zbudowany był silniejszy ode mnie po chwili przepychanki słychać wystrzał oboje upadliśmy na ziemię nie poczułem żadnego bólu szybko zacząłem obmacywać każdą część swojego ciała w panice szukając dziury od kul Marcin robił to samo Ha! Nic mi nie jest! ale Marcin też jest cały gdzie jest kula? nie potrzebowałem długiego czasu na odpowiedź odwróciłem się i zobaczyłem kanapę powoli zalewającą się krwią a w brzuchu Julki dziurę od kuli to co wtedy poczułem nie może zostać opisane słowami uczucie utraty ukochanej osoby przez własną arogancję i głupotę szybko wziąłem ją na ręce i pobiegłem do samochodu moje oczy były ciągle pełne łez, jechałem jak szalony nie raz mijając czerwone światła wreszcie dojechałem cały brzuch Julki był we krwi a na fotelu powstała jaskrawa kałuża szybko wbiegłem do szpitala wołając histerycznie o pomoc po chwili widziałem jak wieźli Julkę na salę operacyjną
AKT IV
minęła godzina, lekarze skończyli operować pielęgniarka powiedziała mi, że Julka jest w stanie krytycznym i jutro dowiemy się czy będą potrzebne kolejne operacje spojrzałem na nią leżącą w łóżku szpitalnym była spokojna, spała dokładnie ją obejrzałem duże czoło, krótkie nogi, lekko wykrzywiony nosek wszystkie wady jakie wcześniej zauważałem przemieniły się w odchylenia od ideału, kosmetyczne błędy popełnione przy kreacji anioła położyłem się obok głaszcząc jej miodowe włosy dużo myślałem o tym co przeszliśmy razem, o tym, że nigdy nie byłem sam dzięki niej o tym, jak ją potraktowałem i gdzie nas to doprowadziło po kilku minutach obudziła się otwierając duże zmęczone, zielone oczka i patrząc na mnie zadziwiona D - "Cześć" zacząłem śmiać się przez łzy D - "Jak się czujesz?" J - "Bywało lepiej" J - "Przepraszam... To wszystko moja wina!" D - "Nie przepraszaj! To wcale nie twoja wina, tylko i wyłącznie moja i to ja bardzo przepraszam" D - "Kocham cię, mała, na prawdę. Nie wiem dlaczego nie mogłem się do tego przyznać" objęła mnie i pocałowała w policzek D - "Wszystko już będzie dobrze. Pamiętasz co planowaliśmy? Ty będziesz aktorką a..." J - "... a ty prezydentem, tak pamiętam. Zamieszkamy na wsi i będziemy produkować bimber a potem umrzemy w wieku 80 lat jako szczęśliwi staruszkowie" D - "Ale my byliśmy naiwni jak to wszystko wymyślaliśmy!" J - "Wcale nie! Jeszcze nam się uda zobaczysz!" D - "Nie o to chodzi! Dużo lepiej byłoby hodować zioło!" na twarzy Julki pojawił się szeroki uśmiech patrzyliśmy na siebie przez długi czas wtedy pierwszy raz ją pocałowałem przytuliła się do mnie mocno i zasnęła byłem tak szczęśliwy, że chciałem zacząć krzyczeć chyba przez dwadzieścia minut śmiałem się do samego siebie wtedy zasnąłem Julka zmarła tej nocy w wyniku obrażeń wewnętrznych gdy się obudziłem w jej drobnej, zimnej rączce znalazłem pogięte zdjęcie to było nasze pierwsze wspólne zdjęcie po zamieszkaniu razem na odwrocie napisała:
"Wiem, że będziesz teraz załamany ale nie ma o co się martwić wyjdź teraz ze szpitala, pójdź do sklepu, ukradnij najdroższą butelkę szkockiej jaką znajdziesz. Teraz przyjdź do szkoły, przytul się do miękkiej wykładziny i podaj mi mały palec. I bądź szczęśliwy - obiecałeś mi to! "
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2017.12.17 17:51 ben13022 Byliśmy w Luwrze Abu Zabi. Wielkie muzeum między pustynią a zatoką kosztowało miliardy dolarów.

Chwilę wcześniej błądziłem w labiryncie piramidy i przyglądałem się zwyczajom pogrzebowym starożytnego Egiptu. Za kilkadziesiąt minut, kilka sal dalej, obejrzę powstałe w pierwszej połowie XVII wieku w Japonii obrazy pokazujące przybycie kupców portugalskich. Sprawdzę też, jak wyobrażali sobie wizerunek Buddy mieszkańcy Chin i Indii (w VI wieku n.e.), a także Kambodży (w połowie wieku XII).
Niektóre z tych prac widziałem wcześniej w Paryżu i Nowym Jorku. Część z nich przybyła tu z azjatyckich muzeów, jeszcze inne opuściły placówki w krajach arabskich. Po raz pierwszy wszystkie spotkały się właśnie teraz nad Zatoką Perską, w miejscu, które swoją nazwę wypożyczyło z Europy. Oto Luwr Abu Zabi!
Na Wyspie Szczęścia Manarat al-Saadiyat ma być największym centrum kultury, edukacji i rozrywki na Bliskim Wschodzie. Taką decyzję podjęły przed laty władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jednego z najbogatszych państw w regionie. Na Wyspie Szczęścia położonej nieopodal centrum Abu Zabi, stolicy federacji, powstaną rezydencje, kina, centra kultury oraz muzea. Projekt miał być ukończony w 2020 roku – wtedy kiedy Dubaj, stolica sąsiedniego emiratu, będzie gospodarzem światowej wystawy Expo. Ukończony nie zostanie, bo większości prac nawet jeszcze nie rozpoczęto, ale już dziś Wyspę Szczęścia tłumnie odwiedzają turyści z całego świata. 11 listopada z wielką pompą i pięcioletnim opóźnieniem otwarto w stolicy ZEA pierwsze z planowanych muzeów – Luwr Abu Zabi. W najbliższych latach powstaną kolejne, między innymi Guggenheim Abu Zabi oraz Muzeum Narodowe im. Szejka Zayeda, który 46 lat temu zjednoczył emiraty.
Luwr widać z daleka, z mostu, który łączy centrum emirackiej stolicy z zachodnią częścią wyspy. Jest dziełem jednego z najważniejszych współczesnych architektów, Francuza Jeana Nouvela, który chciał, by budynek przypominał namiot beduinów. Pod wielką, składającą się z ośmiu warstw i 800 tys. elementów, przepuszczającą promienie słoneczne kopułą znajduje się 55 budynków, w tym 23 galerie. Z trzech stron muzeum otoczone jest wodami Zatoki Perskiej (w ZEA i innych krajach regionu nazywanej Arabską), dlatego można do niego również... wpłynąć. By sól morska nie doprowadziła do szybkiej korozji materiałów, z których zbudowano muzeum, woda bezpośrednio otaczająca budynek jest filtrowana, powstała też tama uruchamiana zawsze, gdy jachty chcą zacumować przy budynku.
Ale zniszczeń wywołanych przez naturę uniknąć się nie da. – Piasek jest bardzo agresywnym środowiskiem, a wiatr lub opary i tak będą tu przynosić sól, która może niszczyć poszczególne elementy konstrukcji – mówi Tomasz Wieczorek, polski architekt, który pracował przy budowie Luwru Abu Zabi. – Firma, która zdobyła kontrakt na czyszczenie kopuły i znajdujących się bezpośrednio nad Zatoką Perską części muzeum, będzie miała zajęcie na długie lata.
Stworzenie nowego Luwru między pustynią a zatoką musiało kosztować miliardy. Oficjalnych sum nigdy raczej nie poznamy, ale samo prawo do używania nazwy oraz wypożyczania dzieł z kolekcji różnych francuskich placówek przez 30 lat (nie tylko z Luwru, ale też między innymi z Centrum Pompidou, Biblioteki Narodowej czy Musée d’Orsay) kosztowało ponad miliard dolarów.
Dziś, gdy muzeum dopiero otwarto, przywiezione z Francji obiekty stanowią połowę zaprezentowanej ekspozycji. Liczba ta będzie maleć do chwili, gdy emiracki Luwr zbuduje własną kolekcję. Teraz liczy ona już ponad 200 obiektów, wśród nich kilkanaście stworzonych specjalnie na zamówienie – między innymi dwie prace Amerykanki Jenny Holzer, która w wielkim hallu muzeum pokazuje marmurowy relief z odtworzonym przez nią pismem klinowym z Mezopotamii, a w jednej z bocznych otwartych przestrzeni wykonany tą samą techniką w wapieniu zbiór tekstów XVIII-wiecznych, w tym fragment „Esejów” Michela de Montaigne’a.
Najnowszym elementem powstającej kolekcji (najpewniej na prawach stałego wypożyczenia) jest kupiony przez saudyjskiego następcę tronu za 450 milionów dolarów na aukcji w Nowym Jorku „Zbawiciel Świata” Leonarda da Vinci. „Salvator Mundi”, jedyne dzieło renesansowego mistrza pozostające w rękach prywatnych, być może pokazywany będzie w Abu Zabi w miejscu, gdzie w tej chwili eksponowany jest inny jego obraz, „La belle ferronniere”, który w 2018 roku wróci do Paryża.
Powstanie muzeum od lat budziło ogromne kontrowersje. Największe z nich związane były z traktowaniem robotników zatrudnionych na placu budowy, mieszkańcami państw Azji Południowej – między innymi Indii, Pakistanu, Bangladeszu i Sri Lanki. Za pracę wykonywaną w bardzo ciężkich warunkach, często w ponadczterdziestostopniowym upale, otrzymywać mogli około 2 tys. dirhamów (niecałe 2 tys. zł) – tyle wynosi w ZEA średnia pensja robotnika fizycznego. Gdy budowano muzeum, butelka wody kosztowała 2 dirhamy, chleb – około 5, podobnie paczka ryżu. Większość zarobionych pieniędzy robotnicy wysyłali do rodzinnych wiosek, by zapewnić utrzymanie całym rodzinom, które wcześniej składały się na bilet i wyrobienie dokumentów niezbędnych do podjęcia pracy w ZEA.
Przeciwko pracy w fatalnych warunkach, przez wielu nazywanych niewolniczą, protestowali artyści i organizacje praw człowieka. Ale architekt Jean Nouvel, laureat prestiżowej Nagrody Pritzkera (architektonicznego Oscara), mówił dziennikarzom w dniu otwarcia muzeum: – Przed rozpoczęciem pracy przyjrzeliśmy się miejscu i warunkom, w których żyją robotnicy. Wydaje mi się, że były lepsze od tych, które zapewnia się im w wielu innych krajach, także europejskich.
Władze Emiratów uznały jednak, że warunków, w których pracowali robotnicy, nie pokażą światu. W ciągu kilku ostatnich lat działacze na rzecz praw człowieka, którzy domagali się poprawy sytuacji osób zatrudnionych na budowie, byli wydalani z kraju.
To nie koniec kłopotów. W ostatnich dniach zainteresowanie pokazywanymi w Abu Zabi pracami wyraził rząd Iraku. Jak podała ukazująca się w Londynie gazeta „Al-Araby”, w Bagdadzie powołano rządową komisję, która ma zbadać, czy niektóre dzieła kultury babilońskiej, asyryjskiej, akadyjskiej i otomańskiej, które trafiły do emirackiego Luwru, nie są dziełami sztuki skradzionymi w czasie inwazji wojsk amerykańskich na Irak w roku 2003. A jeden z członków tamtejszego parlamentu zapowiedział, że jeśli okaże się, iż którykolwiek z obiektów należał do narodowych zbiorów, rząd premiera Hajdara al-Abadiego będzie się domagał od władz w Abu Zabi jego zwrotu.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Luwr Abu Zabi robi wrażenie, i to nie tylko jako dzieło współczesnej architektury. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich, państwie istniejącym niecałe pół wieku, gdzie na wszystkich możliwych poziomach i płaszczyznach cywilizacja wschodnia spotyka się z zachodnią, twórcy muzeum zaprezentowali wystawę opartą na pomyśle prostym i czytelnym dla każdego. W kolejnych galeriach ułożonych chronologicznie i tematycznie zestawili ze sobą obiekty z całego świata będące wytworem bardzo odległych od siebie cywilizacji.
Dostrzegam to od razu po wejściu do Wielkiego Westybulu wprowadzającego do całej ekspozycji. Na iPadzie, który otrzymuje w szatni każdy zwiedzający, czytam: „Oto wrota do galerii Luwr Abu Zabi. (...) W dziewięciu znajdujących się pośrodku gablotach prezentowane są przedmioty z odległych części świata, które łączy ogromne podobieństwo. Zestawiając je ze sobą w Wielkim Westybulu, zachęcamy zwiedzających, by zastanowili się nad tym, co stanowi treść prezentacji Luwru Abu Zabi: w jakim stopniu uniwersalność obejmuje ludzką egzystencję”.
Uwagę zwracają w pierwszej kolejności trzy piękne, wykonane ze złota i ustawione w dużej gablocie na szklanych stolikach starożytne maski pogrzebowe – z południowych Chin, Lewantu i Peru. Tuż obok, podobnie wyeksponowane, stoją trzy dzbanki do serwowania herbaty, każdy z nich pozłacany i bogato zdobiony. Pochodzą z Turcji, Indii i – najpiękniejszy, porcelanowy – z Chin.
Jest też coś dla miłośników kaligrafii – w jednej z gablot umieszczono obok siebie przybory do pisania ze starożytnego Egiptu (1550-1050 p.n.e.), pięknie zdobiony podobiznami planet piórnik wykonany w Turcji w pierwszej połowie XIII wieku oraz piórnik, w którym można było poza przyborami przechowywać także karteczki z wierszami – to dzieło japońskich mistrzów z końca XIX wieku. I wreszcie – gablota poświęcona macierzyństwu i sposobowi jego ukazywania w różnych kulturach na przestrzeni dziejów. Widzom pokazano trzy statuetki – wykonanej z brązu egipskiej bogini płodności Izydy karmiącej swojego syna Horusa (800-400 p.n.e.), wyrzeźbionej we Francji w kości słoniowej Maryi z Dzieciątkiem (XIV wiek) oraz pochodzącej z Konga drewnianej figurki matki i dziecka.
Rozglądam się dookoła i widzę zachwycone twarze zwiedzających – prosty zabieg wskazania połączeń między bardzo odrębnymi i odległymi od siebie kulturami naprawdę działa. Ekspozycja w Abu Zabi jest zapisem rozwoju człowieka bez względu na rasę czy wyznawane religie. Oto w państwie, które nie jest liberalną demokracją, udało się stworzyć wystawę, która uczy tolerancji oraz poszanowania odrębności.
Witajcie w wieży Babel Dowody na potwierdzenie tej tezy znajduję wielokrotnie w czasie blisko sześciogodzinnego spaceru po emirackim Luwrze. Bo właśnie tyle czasu potrzeba, by na spokojnie przyjrzeć się wszystkim obiektom prezentowanym w 12 galeriach, muzeum dla dzieci i wielkim hallu otwartym na wody Zatoki Perskiej.
W Luwrze Abu Zabi znaleźć można wszystko i wszystkich, nawet dekorowany dzban i miskę wykonane ze srebra przez – jak się przypuszcza – Reinholta von der Rennena ponad 400 lat temu na terenie dzisiejszego Gdańska. Duże wrażenie robi zestawienie w dziesiątej galerii muzeum sztuki państw kolonialnych i skolonizowanych. Naprzeciw olejnego obrazu Lionela Waldena pokazującego przemysłowe doki miasta Cardiff umieszczono największe osiągnięcia sztuki końca XVIII i początku XIX w. z Gabonu i Wybrzeża Kości Słoniowej. To drewniane statuetki strażników... Muzeum zadbało też o to, by zwiedzający mogli obejrzeć prace najważniejszych artystów XX wieku. Są tu wszystkie najważniejsze nazwiska: Kandinsky, Mondrian, Rothko, Warhol, Pollock, Miró, Picasso czy Matisse. Towarzyszą im tworzący w tym samym czasie artyści kubańscy i alascy, których nie spotyka się w najważniejszych muzeach świata.
Są wreszcie współcześni artyści arabscy, dopiero odkrywani przez kuratorów. Jak saudyjska artystka Maha Malluh, która w Abu Zabi pokazuje „Food For Thought”, przyczepione do ściany jedenaście przypalonych garnków. Przez lata gotowano w nich gulasz z koziego mięsa. Obok niej artysta wizualny Abdullah al-Saadi. Jego praca „Nagi słodki ziemniak” składa się z czterech obiektów przypominających wyjęte z popiołu warzywa oraz filmu, na którym twórca chowa lub wyjmuje je z ziemi. Al-Saadi, który ziemniakami, ich żeńskimi i męskimi formami, zajmuje się od kilkunastu lat, uznawany jest za narodowy skarb Emiratów.
W ostatniej części muzeum największe wrażenie robi jednak pokazywana na jej środku „Fontanna światła”, dzieło chińskiego artysty Ai Weiweia pokazywane w warszawskiej Zachęcie wiosną 2015 roku. Wykonana z dziesięciu chińskich żyrandoli i wyglądem nawiązująca do nigdy niepowstałej Wieży Tatlina, pomnika III Międzynarodówki, otoczona obiektami sztuki współczesnej z całego świata i pokazywana w stolicy ZEA przypomina raczej wieżę Babel. Doskonale pasuje do miejsca, w którym mówi się obecnie wszystkimi językami świata i które – mimo mocno niesprzyjających warunków – stało się nową ziemią obiecaną dla milionów ludzi z całego świata – od biednych robotników z Azji Południowej po miliarderów z krajów OPEC.
Gdy wreszcie wychodzę z mocno klimatyzowanych i wyciemnionych galerii, w hallu Luwru Abu Zabi szybko ogrzewają mnie przenikające przez wielką kopułę promienie słońca. Ale trafiam jeszcze na „Kiełkowanie”. Praca francuskiego artysty Giuseppe Penonego, w centralnym punkcie hallu, naprzeciwko rzeźby Rodina przedstawia... odcisk kciuka szejka Zayeda bin Sultana al-Nahyana, zmarłego w 2004 roku prezydenta ZEA. To za jego rządów rozpoczęto projekt Manarat al-Saadiyat i budowę Luwru Abu Zabi. W opisie pracy czytam, że przez rozciągające się koliście od kciuka linie Penone chciał pokazać, jak jedna prosta akcja, myśl czy decyzja może wpłynąć na wygląd niekończącej się przestrzeni.
„Kiełkowanie”, choć powstało we Francji, znakomicie wpisuje się w to, o czym na co dzień nieustannie mówią i piszą emirackie media – opowieść o tym, że dobrobyt, szczęście i bezpieczeństwo mieszkańcy niewielkiego pustynnego kraju zawdzięczają panującym szejkom. Bo to oni w ciągu jednego zaledwie pokolenia zmienili swoich poddanych z ubogich pustynnych pasterzy w prawdziwych milionerów, a teraz jeszcze na Wyspie Szczęścia dali im dostęp do najwspanialszych dzieł sztuki, które od zarania dziejów stworzył człowiek.
Źródło: http://wyborcza.pl/7,112588,22759186,bylismy-w-luwr-abu-zabi-wielkie-muzeum-miedzy-pustynia-a.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.12.13 15:26 Ginden Uzasadnienie kary dla TVN24 [KWIATKI]

Źródło: http://www.krrit.gov.pl/krrit/aktualnosci/news,2582,uzasadnienie-kary-dla-tvn-24.html
Ponadto propagowano blokowanie sali plenarnej Sejmu RP przez grupę posłów, co uniemożliwiało prowadzenie obrad, jako legalnego i dopuszczalnego środka politycznego sprzeciwu.
ziałania parlamentarzystów należy kwalifikować jako przestępstwo polegające m.in. na wywieraniu wpływu na czynności urzędowe Sejmu RP, a ponadto jako występki polegające m.in. na zmierzaniu do zmiany konstytucyjnego ustroju RP, do usunięcia przemocą konstytucyjnego organu RP, naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza publicznego, wywierania wpływu na czynności urzędowe organu państwowego, znieważenia i poniżenia konstytucyjnego organu RP, przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego
Spółka TVN SA, jako nadawca programu TVN 24 pozostawiła bez wyjaśnienia wypowiedzi zaproszonych do studia gości programu TVN 24, którzy pochwalali formę protestu prowadzonego przez grupę posłów na sali obrad Sejmu RP.
w programie TVN 24 sugerowano przygotowywanie rozwiązań siłowych przez koalicję rządzącą, budując w ten sposób atmosferę oporu i protestu wobec nadchodzących zagrożeń.
Dziennikarze TVN 24 relacjonując przebieg demonstracji pod Sejmem RP powinni poinformować widzów o rozwiązaniu zgromadzenia niezwłocznie po podjęciu takiej decyzji przez Policję. Wstrzymanie podania tej ważnej informacji należy uznać jako zachęcanie do dalszego łamania prawa
Stacja TVN24 o fakcie rozwiązania zgromadzenia przez Policję poinformowała po kilku godzinach, przy czym przywołanie przez nadawcę wypowiedzi lidera Komitetu Obrony Demokracji Mateusza Kijowskiego, w której zwrócił się do uczestników zgromadzenia z prośbą o rozejście się, nie wyczerpało obowiązku przekazania takiej informacji
W rozmowach prowadzonych przez dziennikarzy TVN 24 w studiu telewizyjnym w dniu 16 grudnia 2016 roku od około godz. 19:00 z posłami opozycji i komentatorami, były rozpowszechniane sugestie, że organy porządku publicznego mogą użyć siły.
Analiza rozmów prowadzonych w studiu TVN 24 oraz relacji nadawanych z gmachu Sejmu i zgromadzenia przed budynkami sejmowymi, potwierdziła dążenie do kreowania wydarzeń, podejmowania działań, które doprowadziłyby do eskalacji konfliktu m.in. poprzez zachęcanie do uczestniczenia w zgromadzeniu przed Sejmem RP.
Przedstawiane oceny były jednostronne, co nie pozwalało widzom na ich krytyczną analizę. Całość dopełniały wypowiedzi ekspertów, którzy dokonując analizy wydarzeń, przedstawiali wizję powstawania państwa autorytarnego.
Budowanie poczucia zagrożenia nie może być uznane za obiektywny przekaz dziennikarski. Takie działanie należy uznać za próbę zaostrzenia sytuacji i wpływu na odbiorców pod hasłem obrony zagrożonych wartości demokratycznych.
ważną rolę odgrywały treści zamieszczane na tzw. paskach, na których ok. godz. 19.00 informowano o wydarzeniach w Sejmie RP oraz cytowano z reguły bardzo emocjonalne wypowiedzi polityków, zawierającymi sugestie o rozwiązaniach siłowych wobec uczestników blokowania mównicy oraz zgromadzenia przed Sejmem
Wypowiedzi posłów koalicji rządzącej opatrywane były komentarzami. Starano się zdyskredytować ich autorów w oczach opinii publicznej oraz stworzyć wrażenie, że działania posłów PiS są dramatyczną obroną zajmowanej pozycji na scenie politycznej.
Naruszeniem zasad rzetelnego dziennikarstwa w relacjonowaniu i ocenie wydarzeń sprzed budynku Sejmu RP był dobór gości i ekspertów zapraszanych do studia, z których zdecydowana większość nie kryła swojego krytycznego nastawienia do koalicji rządowej.
Służyły temu wielokrotnie powtarzane tezy o zagrożeniu demokracji i zamachu stanu (red. Grzegorz Miecugow, godz. 22:00), czy obraźliwe określenia kierowane pod adresem posłów koalicji rządzącej transmitowane na antenie TVN24, jak Ta banda w sali kolumnowej niezgodnie z prawem uchwaliła budżet. Budżet Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, hańba! (22:16)
Taki sposób relacjonowania służył budowaniu atmosfery zagrożenia i miał na celu zdyskredytowanie argumentów większości parlamentarnej.
blokada sali obrad plenarnych Sejmu RP od samego początku była działaniem bezprawnym, czego nadawca powinien mieć pełną świadomość.
Czyli trzeba prawnika do oceny wszystkiego.
operator stacji TVN 24 pokazał sylwetkę mężczyzny leżącego na ziemi, do którego podeszła jedna z uczestniczek manifestacji i dokonała oględzin leżącego. Po chwili inny uczestnik również podszedł do leżącego, a widzowie w tym momencie odnieśli wrażenie jakby dokonywał reanimacji,
submitted by Ginden to Polska [link] [comments]


2016.12.01 13:16 ben13022 Sierafimowicza 2: dom nad Moskwą

Miejsce, gdzie stanął, przy ul. Sierafimowicza 2, od wieków znane było w Moskwie jako "trupie pole". Katowano tu i grzebano ofiary terroru Iwana Groźnego. W trakcie czystek z lat 1937-38 z 2700 lokatorów domu nad rzeką Moskwą ponad jedna trzecia została rozstrzelana albo zesłana, wielu zniknęło bez wieści bądź targnęło się na swoje życie.
Oficjalnie nazwano go domem rządu, bo został zbudowany dla osób z najwyższego kierownictwa ZSRR i ich rodzin. Mieszkali w nim m.in.: marszałek Michaił Tuchaczewski, ludowy komisarz spraw zagranicznych Maksim Litwinow, Aleksiej Rykow, następca Lenina na stanowisku szefa radzieckiego rządu, rodziny pierwszej i drugiej żony Stalina, jego syn Wasilij i córka Swietłana. Choć był szary i wyglądał jak wielkomiejski blok, moskwianie nazywali go czerwonym pałacem. W czasie wielkiej czystki z lat 1937-38 mieszkańcy szeptali, że to dom aresztu prewencyjnego, bo jak się ktoś stąd wyprowadzał, to albo na Sybir, albo na tamten świat. Denuncjatorzy i kaci wprowadzali się do mieszkań ofiar, by wkrótce podzielić ich los - przez niektóre lokale w ciągu roku przewinęło się po pięć, sześć rodzin. W końcu przylgnęła do niego nazwa "dom na nabierieżnoj", czyli dom na nabrzeżu - od tytułu powieści Jurija Trifonowa zakazanej zaraz po wydaniu w 1976 r. (w Polsce ukazała się ona pod tytułem "Dom nad rzeką Moskwą"). Dziś Sierafimowicza 2 to jeden z najdroższych i najbardziej prestiżowych adresów w Moskwie. Z widokiem na Kreml.
Po przeniesieniu stolicy z Piotrogrodu do Moskwy członkowie elity bolszewickiej początkowo zasiedlili apartamenty w zarekwirowanych pałacach arystokracji, willach kupieckich i najlepszych hotelach. Nazwano je domami Sowietów i ponumerowano od 1 do 16. Wielu ich lokatorów żyło na walizkach w oczekiwaniu na rychłą przeprowadzkę na zachód w ślad za pochodem światowej rewolucji. Około 1925 r. stało się jednak już zupełnie jasne, iż rewolucyjny płomień w Europie zgasł na amen, partii przyszło więc ogłosić koncepcję budowy komunizmu w jednym kraju, a mający nieść żagiew rewolucji na dobre rozpakowali walizki. W lipcu 1927 r. zapadła decyzja o budowie na Sierafimowicza 2 kompleksu dla komunistycznych VIP-ów.
Zgodnie z zaleceniem komisji kierowanej przez przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych Aleksieja Rykowa oraz szefa bezpieki Gienricha Jagody przydziały mieszkań otrzymywali szefowie resortów, ich zastępcy, wyżsi rangą dowódcy, bohaterowie wojny domowej, weterani rewolucji, bolszewicy ze stażem partyjnym nie mniejszym niż 15 lat, funkcjonariusze Kominternu, przodownicy pracy, a także wybrani artyści i naukowcy. Lokalizację (naprzeciwko Kremla) wskazał Stalin, a postawienie budynku zlecił swojemu ulubionemu architektowi Borisowi Iofanowi, który nie zawiódł - projekt został wyróżniony na konkursie architektonicznym w Paryżu, a w ZSRR Iofan dostał za niego Nagrodę Stalinowską. Natomiast sama budowa od początku szła źle, bo działka znajdująca się na bagnistym nabrzeżu rzeki niespecjalnie nadawała się pod wielokondygnacyjną zabudowę. Trzeba było przygotować specjalne fundamenty - potężne stalowe pale wbite głęboko w grząski i niestabilny grunt, a na nich dwumetrową betonową poduszkę. Jakby tego było mało, robotnicy co raz natrafiali w ziemi na ludzkie szczątki - mające ponurą sławę miejsce nazywano "gibłoje miesto", albo "gibłoje pole ", czyli wymarłe miejsce, trupie pole. W XVI w., za panowania cara Iwana Groźnego, rezydował tu Maluta Skuratow, jeden z dowódców opriczniny, siejącej krwawy terror carskiej policji politycznej. Pokoje Skuratowa sąsiadowały z szynkiem jego siepaczy, lochami, salami tortur i kaźni oraz dołami, w których grzebano ofiary. Później aż do końca XIX w. znajdował się tam cmentarz nędzarzy i ofiar epidemii.
Im wyżej pięła się konstrukcja domu, tym więcej ludzi ginęło na budowie, na którą zagnano więźniów, w tym wypadku w większości kryminalnych, którzy na Sierafimowicza 2 załatwiali między sobą porachunki. Ponoć mieszkania na najwyższych kondygnacjach były wykonane mniej starannie niż te położone niżej, w obawie bowiem przed więźniami brygadziści i nadzorcy nie wchodzili powyżej szóstego piętra. Z powodu bałaganiarstwa i defraudacji ostateczny koszt inwestycji aż pięciokrotnie przekroczył planowany budżet, a tuż przed zakończeniem prac wybuchł pożar, który opóźnił ukończenie inwestycji o ponad pół roku. Zapłacił za to głową szef moskiewskiej straży pożarnej - pierwsza ofiara Sierafimowicza 2.
Budowa trwała cztery lata, czyli dwa lata dłużej, niż planowano, ale wiosną 1931 r. do 505 mieszkań wprowadziło się 2745 lokatorów.
Choć wydana w lipcu 1927 r. decyzja zatwierdzająca budowę domu i jego projekt otrzymała klauzulę "tajne", to relacje z prac na Sierafimowicza 2 regularnie i na pierwszych stronach drukowały gazety, ogłaszając przy tym, że "szary dom" stanowi zapowiedź wielkiej przebudowy stolicy. Po nim miały powstać w Moskwie dziesiątki i setki identycznych budynków, nowe i wzorcowe miasto proletariackie. "Wieczerniaja Moskwa" pisała: Oto na naszych oczach powstaje nowa Moskwa. Już niedługo horyzonty (...) przysłonią równe szeregi potężnych sylwetek domów, w których zakwitnie nowe szczęśliwe i dostatnie życie ludzi radzieckich. (...) te domy niczym okręty mające na pokładzie wszystko, czego potrzeba człowiekowi pracy, wielką zgodną flotą popłyną ze swymi mieszkańcami ku komunistycznej przyszłości.
Dziennikarze zachwycali się, że ten wielki budynek (w chwili oddania był największy w Europie) będzie samowystarczalny - z własną pocztą, biblioteką, polikliniką, kinoteatrem, stołówką, przedszkolem, żłobkiem, pralnią, zakładem fryzjerskim, sklepem spożywczym, fontannami i placami zabaw dla dzieci. Co więc było tajne? Lista lokatorów i to, jak będą mieszkać. "Wieczerniaja Moskwa" wspomniała jedynie o "przestronnych i jasnych mieszkaniach", podczas gdy utrzymane w oszczędnej formie radzieckiego konstruktywizmu szare ściany budynku kryły iście pałacowe wnętrza.
W Moskwie według ówczesnych norm powinno przypadać 3,5 m na osobę, ale rzeczywistość była o wiele bardziej ponura. Z głodujących wsi uciekały do stolicy tysiące chłopów, w mieszkaniach komunalnych w jednej izbie żyło często po kilka rodzin, ludzie gnieździli się w komórkach, piwnicach i suterenach, bez toalet, gazu, ogrzewania, a często i prądu. A na Sierafimowicza 2? W latach 30. standard tego budynku od reszty moskiewskich domów dzieliła niewyobrażalna przepaść. Typowe trzypokojowe mieszkanie miało wysokość prawie 4 m i powierzchnię 70-90 m kw., a największe, jak siedmiopokojowy apartament marszałka Tuchaczewskiego - niemal 200 m kw. Były nie tylko windy osobowe, ale też małe kuchenne, towarowe. Wszystkie lokale powyżej czterech pokoi miały służbówki, salony ze ścianami obitymi jedwabiem i sufitami zdobnymi we freski namalowane przez konserwatorów sprowadzonych z Ermitażu. Poliklinika, przedszkole, pralnia i wszystkie wymieniane przez prasę cuda (początkowo nawet kinoteatr) przeznaczone były wyłącznie dla lokatorów i w niczym nie przypominały tych ogólnodostępnych.
Tak o zakładzie fryzjerskim pisała w pamiętnikach lokatorka i poetka Łarissa Miller: To nie zakład fryzjerski był, a sala balowa z pałaców nad Loarą. Ogromne kryształowe lustra, na parapetach greckie popiersia i egzotyczne kwiaty jak w oranżerii. Sami fryzjerzy przypominali lordów: muszki pod szyją, wyrafinowana etykieta, całowanie w rękę.
Elina, córka Roberta Kisisa, zastępcy ludowego komisarza handlu wewnętrznego, która w 1931 r. miała dziewięć lat, wspominała: W latach 1931-1932 w kraju panował głód, o czym my, dzieci z rządowego domu, nie mieliśmy pojęcia. Babcia robiła mi do szkoły kanapki, z których żadnej nigdy nie zjadłam. Jak co dzień po drodze do szkoły zatrzymywali mnie chłopcy koczujący przy małym kamiennym moście (kilkaset metrów od domu), przeszukiwali mi torbę i zabierali śniadanie. Często później bili się, dzieląc między siebie te kanapki. Wzdłuż kanału pomiędzy mostami Małym Kamiennym i Moskworieckim ciągnęły się baraki, w których gnieździli się robotnicy budowlani oraz Cyganie i Chińczycy. Wszyscy oni kradli, co się da. Cyganie węgiel, Chińczycy szmaty i puste butelki. Ich chudziutkie dzieciaki przeciskały się na nasze podwórze pomiędzy żelaznymi prętami bram i ogrodzenia, chowając się za kolumnami lub załamaniem muru przed ochroną, błagały nas o coś do jedzenia.
Dom był tyleż pałacem, co koszarami, a luksus współgrał w nim z drylem więziennym. Lokatorów na każdym kroku obowiązywały przepustki i pozwolenia dające przywileje (kartki do zaopatrywanej z Kremla stołówki, talony do pralni i pozostałych zakładów usługowych domu), ale też ograniczające swobodę. Nie tylko kontrolowano wejścia i wyjścia, ale też trzeba było mieć pisemne pozwolenia np. na wnoszenie do mieszkań i wynoszenie z nich wielkogabarytowych pakunków. Portierzy-wartownicy doprowadzali gości pod same drzwi odwiedzanego mieszkania, z których nie mogli też bez asysty wyjść. Bez wiedzy i zgody ochrony nawet lokatorom trudno się było samodzielnie poruszać w nocy, bo wartownicy spuszczali na podwórze groźne psy stróżujące. Kompleks obsługiwały 643 osoby, samych dozorców było 20. Wszyscy, rzecz jasna, szpicle. 24 jednoosobowe mieszkania na parterze zajmowali etatowi czekiści. W każdym lokalu w salonie, obok wywietrzników, znajdowały się w ścianach okrągłe wgłębienia o średnicy szklanki, które systemem rur prowadziły z mieszkań dźwięk na parter do mieszkań bezpieczniaków mających szpiegować lokatorów.
Było też kilka nietypowych mieszkań, np. pod numerem 480 mieszkał przez jakiś czas słynny radziecki as wywiadu Richard Sorge. Pierwszym pomieszczeniem, zaraz za drzwiami na klatce schodowej nr 25, była kuchnia, dalej trzy pokoje w amfiladzie, w ostatnim, sypialni, znajdowały się drzwi do komórki, a z niej do sąsiedniego mieszkania - identycznego, tyle że z wejściem na klatce schodowej nr 24. W kuchniach znajdowały się specjalne podesty na rosyjski samowar z otworem w ścianie, przez który szła rura odprowadzająca spaliny. Budynek, jak rzadko który w ówczesnej Moskwie, miał centralne ogrzewanie, gaz i elektryczność i tylko instalacja do samowara była węglowa. Iofan zaprojektował ją dla starych bolszewików, którzy po latach spędzonych na syberyjskim zesłaniu nie wyobrażali sobie życia bez wielogodzinnych posiedzeń przy samowarze.
Z kolei kuchnie, nawet w najbardziej luksusowych apartamentach, były małe i niefunkcjonalne, miały ledwie po 5 m kw. i nie nadawały się zbytnio do gotowania. Dlaczego? Bo człowiek radziecki miał jadać we wspólnej stołówce zakładowej.
Wszystkie mieszkania wyposażano w meble służbowe, również projektu Iofana - ciężkie, dębowe, proste w formie, przypominające nieco styl art déco. Do standardowego trzypokojowego mieszkania przypisane były łóżko, sofa, szafki nocne, rozkładany stół do salonu, krzesła, taborety, fotele, bufet, sekretarzyk, biblioteczka, a także dębowa deska klozetowa. Każdy mebel miał tabliczkę znamionową z numerem i raz w miesiącu portier sprawdzał, czy niczego nie brakuje. To, co się popsuło, można było naprawić wyłącznie w przydomowej stolarni.
Obok lokatorów, którzy widzieli, jak wygląda świat poza granicami ZSRR - działaczy Kominternu, weteranów wojny hiszpańskiej, inżynierów z kolei mandżurskiej, naukowców i artystów - mieszkali półanalfabeci z prowincji, którzy dzięki rewolucji dochrapali się wysokich stanowisk. Dla nich głównie przeznaczone były instrukcje tłumaczące, jak używać instalacji elektrycznej, poszczególnych mebli oraz dębowej deski klozetowej: Deska do siedzenia, po zamontowaniu na zawiasach, powinna podnosić się i opuszczać. Do muszli nie należy wrzucać żadnych przedmiotów, śmieci, resztek, a szczególnie waty i pudełek z kartonu. Matka Nikity Chruszczowa zwykła godzinami przesiadywać na ławeczce przed klatką schodową, gdzie skubała kury, tarła chrzan i łuskała słonecznik, czyli zachowywała się dokładnie tak jak niegdyś przed swą chałupą na ukraińskiej wsi. Sam Chruszczow chwalił się sąsiadom swoją skrzyneczką z narzędziami, mawiając: "Jakby co, z nią zawsze się jakoś wyżywię". Kira Pawłowna, bratanica Nadieżdy Alliłujewej, drugiej żony Stalina, wspominała: Rodzice spędzili pięć lat w Berlinie, gdzie ojciec kupował dla Armii Czerwonej niemieckie technologie potrzebne do rozwoju broni pancernej i gąsienicowych ciągników dla artylerii. Kiedy sprowadzili się do domu na nabrzeżu, mama miała zwyczaj nazywać wartownika konsjerżem i nastawiała płyty Marleny Dietrich. Od moskiewskich mieszczan spauperyzowanych przez zakończenie liberalnej polityki ekonomicznej NEP skupowała za bezcen antyki, bibeloty i meble. Tych służbowych, które jej się bardzo nie podobały, rodzice się pozbyli, rozdając je sąsiadom, za co spotkały ich poważne nieprzyjemności i pomogło dopiero osobiste wstawiennictwo Stalina.
Jednymi z najczęściej wspominanych przez sąsiadów lokatorów byli: szef NKWD Nikołaj Jeżow, słynny przodownik pracy, górnik z Donbasu Aleksiej Stachanow oraz Wasilij Dżugaszwili, młodszy syn Stalina. Jeżowa wieczorami przywoził czarnym lincolnem szofer, "krwawy karzeł", jak go nazywano, najczęściej wracał pijany, wytaczał się w niekompletnym i rozchełstanym mundurze z pieśnią na ustach, a bywało, że później, doprawiwszy się jeszcze, tańcował na podwórzu przed swoją klatką w samych bryczesach i skarpetach. Stachanow dostał mieszkanie na Sierafimowicza 2 w 1935 r., kiedy Stalin sprowadził go do Moskwy i wyznaczył mu rolę przywódcy ruchu socjalistycznego współzawodnictwa pracy. Zaprzyjaźnił się z mieszkającym po sąsiedzku Wasilijem Dżugaszwilim, z którym hulali po Moskwie - pijani łowili ryby w akwarium hotelu Metropol, samochodem Stachanowa szaleli w nocy po stołecznych ulicach, butelkami rozbili witrynę delikatesów przy Sierafimowicza 2. Stalin miał słabość do Stachanowa i kiedy obu kompanom brakowało pieniędzy, górnik chodził na Kreml, pokazywał wodzowi zaliczenia w indeksie Akademii Przemysłu i wychodził z kwitem na sporą sumę. Wasilij czekał na dole. Stachanowowi upiekło się nawet wtedy, gdy ochroniarze domu znaleźli go nad ranem śpiącego pod bramą, pijanego, z dziurą w marynarce po oderwanym Orderze Lenina. Stalin nakazał wydać mu nowy order o tym samym numerze co utracony. Wspólne hulanki Stachanowa i Wasilija skończyły się dopiero wtedy, gdy na Kreml doniesiono, że pijani kompani przy ludziach sikali w metrze na rzeźby chłopów i robotników. Stalin wezwał obu, synowi dał w pysk, a do Stachanowa powiedział: - Jeszcze jeden taki wyskok, a zabiorę ci auto i dam "półtorkę" [półtoratonową więźniarkę NKWD]. Kiedy w 1937 r. zaczęły się aresztowania, Stachanow przestał pić na mieście. Przetrwał czystki - zmarł w 1977 r. w zakładzie dla nerwowo chorych w Doniecku.
Olga Trifonowa, kustosz zorganizowanego pod koniec lat 90. w stróżówce na parterze budynku muzeum domu na nabrzeżu, opowiada: "Nikt nie uciekał ani się nie chował. Ludzie czekali na swój los w przedziwnym paraliżu. Wyjątkowa jest historia Borisa Brandenburskiego, kremlowskiego prawnika i wykładowcy Uniwersytetu Łomonosowa. Kiedy zrozumiał, co się szykuje, zaczął symulować chorobę psychiczną. Przestał przychodzić do pracy. Spacerował całymi dniami wokół domu i pytał przechodniów: Gdzie ja jestem? . Po którymś z tych spacerów trafił na trzy lata do domu wariatów, a był już na liście przeznaczonych do aresztowania. Przeczekał. Wyszedł i przeżył. Taka była logika czystek. Trzeba było przeczekać swoją falę".
Początkowo NKWD zabierało ludzi z listy, rodziny zostawały i zachowywały mieszkanie. Później mieszkania zagęszczano, rodzinom aresztowanych "wrogów ludu" pozostawiano jeden pokój i dokwaterowywano nowych lokatorów. Z czasem NKWD zaczęło brać całe rodziny i jeśli współmałżonek wyrzekł się głównego aresztowanego, to często zostawał na wolności, ale trafiał na bruk. Dzieci pod zmienionymi nazwiskami były oddawane do sierocińców - w pobliskiej zdewastowanej cerkwi św. Andrzeja NKWD urządziło dziecięcy obóz przejściowy, który działał od 1937 do 1939 r. Nieliczni sąsiedzi zdobywali się na odwagę, by ratować choć dzieci, jednak Olga Trifonowa zna zaledwie dwa takie przypadki. Akademik Nikołaj Cynin w mieszkaniu aresztowanych sąsiadów znalazł ukryte w szafie niemowlę, które udało mu się adoptować. Natomiast stary bolszewik Konstanty Iwanow w ostatniej chwili ściągnął z mostu dwunastoletnią dziewczynkę, która po aresztowaniu rodziców zamierzała rzucić się do rzeki. Zawiózł ją na wieś do swojej siostry, która wychowała dziewczynkę.
W połowie 1937 r. ponad jedna trzecia mieszkań stała pusta. Czekiści, którzy początkowo starali się działać dyskretnie i zabierali pojedynczo, przestali się patyczkować i urządzali regularne obławy, wygarniając z domu po kilkunastu "wrogów ludu" naraz. "Jedna z największych akcji miała miejsce nocą 25 maja 1937 r., kiedy to przyjechało kilka czarnych więźniarek i ciężarówka enkawudzistów z długą bronią. Całe podwórze zalało światło zamontowanych na samochodach reflektorów przeciwlotniczych. Aresztowano tej nocy 35 osób, m.in. komandarma Jonę Jakira, którego żona w nocnej koszuli biegła po ulicy za karetką więzienną wywożącą męża, wołając: Jona nigdy nie uwierzę, żeś jest wrogiem" - opowiada Olga Trifonowa.
Kira Pawłowna tak opisała jedną z nocnych obław: Zabierali ludzi z naprzeciwka. Patrzyłam z okna pokoju dziecięcego. Po podwórzu niosły się hałasy, jak w amfiteatrze rezonowały o ściany domu. Krzyki dorosłych, płacz dzieci, z okna na dziesiątym piętrze dobiegał jazz grany z patefonu, na parapecie sąsiedniego gotowała się do skoku kobieta w wieczorowej sukni. Jeden z sąsiadów rzucił się z okna, nie czekając na pukanie do drzwi, jak tylko usłyszał zgrzyt ruszającej w górę windy, wiedział, że idą po niego, bo cała klatka schodowa była już pusta i nikt inny do wzięcia tam nie został. Cały pion zaciemniony i tylko jedno otwarte rozświetlone okno z firanką szarpaną przeciągiem.
O krok od samobójstwa była też matka Kiry: Mój ojciec zmarł w tajemniczych okolicznościach w pracy, na Kremlu. Kilka tygodni później przyszli po mamę. Kiedy ją zabierali, kiedy ją wyprowadzali, chciałam się przytulić, a ona brutalnie mnie odepchnęła. Po latach, kiedy wyszła z łagru, powiedziała mi, że chciała się wtedy rzucić z okna.
W 1937 r. czerwony pałac przezywano domem prewencyjnego aresztu. Prominenci wiedzieli, co może oznaczać przydział mieszkania na Sierafimowicza 2, ale je brali. Jedni z chęci dołączenia do elity elit, z wiarą w swą szczęśliwą kartę, inni dlatego że nie wziąć było równie niebezpiecznie, jak wziąć. Mieszkania po wcześniej aresztowanych wzięli Jakir i Tuchaczewski, ale obaj pomieszkali na Sierafimowicza 2 zaledwie kilka miesięcy. Jako jednych z ostatnich lokatorów szarego domu fala terroru zabrała tych, którzy mieszkania w nim przydzielali: Aleksieja Rykowa i Nikołaja Jeżowa.
Po śmierci Stalina przemoc wróciła do domu nad rzeką Moskwą jeszcze raz, w latach 90., kiedy to w ramach powszechnej prywatyzacji mieszkań lokatorzy dostali zajmowane przez siebie lokale na własność i z dnia na dzień stali się milionerami. Głośna była sprawa dentysty, właściciela sieci gabinetów prywatnych, którego wynajęci przez najbliższą rodzinę bandyci próbowali zmusić do przepisania na nich mieszkania. Zamęczyli go w owym mieszkaniu na śmierć jego własnymi narzędziami dentystycznymi. Ale to już zupełnie inna historia.
dziennikarz: Igor T. Miecik
źródło: http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,20677022,sierafimowicza-2-dom-nad-moskwa.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.11.07 18:42 ben13022 Jak wstąpiłam do ONR [Duży Format]

„Będę czekał na Panią w południe przed wejściem do kawiarni Cafe Misja. Sprawą stolika i rezerwacją zajmę się osobiście” – pisze do mnie w czerwcu Jacek Rajewski z ONR w Poznaniu. Wysłałam wcześniej odpowiedź na ankietę rekrutacyjną: że chcę walczyć o wartości narodowe i katolickie – Bóg, Honor, Ojczyzna, że pradziadek działał w Stronnictwie Narodowym pod przewodnictwem Romana Dmowskiego, że prababcia pochylała się nad żywotami świętych.
Rekrutacja Przed poznańską kawiarnią widzę chłopaka w koszulce, włosy ścięte krótko przy głowie, uśmiecha się do mnie. Przyszedł na spotkanie z książką Jana Mosdorfa, przywódcy ONR w okresie międzywojennym, autora deklaracji ideowej ONR, antysemity.
– Jakie masz plany względem organizacji? – pyta, gdy siadamy przy stoliku.
– Pisałam w ankiecie – chciałabym uczyć młodych ludzi wartości patriotycznych i religijnych – głos mi drży.
– Spokojnie, nie denerwuj się – uśmiecha się.
– Śpieszyłam się, serce mi szybciej bije – biorę głęboki wdech. – Mogę prowadzić wykłady w organizacji, jestem polonistką, w rodzinie mam nauczycieli.
Uśmiecha się, ale nie odpowiada. Nie pyta o moje poglądy, ale – jak mówi – nim zostanę członkiem ONR, muszę przejść roczny staż kandydacki i zdać egzamin z lektur. Mówi o planach ONR w Poznaniu, na przykład o rozdawaniu zupy bezdomnym.
– Znasz kogoś z anarchistów? – pyta.
– Nie.
– Możemy organizować podobne akcje do nich, jak ta z zupą, czy bronić eksmitowanych lokatorów.
Opowiada z podziwem o nacjonaliście rumuńskim Corneliu Zelei Codreanu (antysemita, założyciel Żelaznej Gwardii, partii faszystowskiej. Jego portret zobaczę później w krakowskiej siedzibie ONR), jak edukował chłopów na rumuńskich wsiach. Mam wrażenie, że Rajewski mówi do mnie, jakby monologował.
Ma 24 lata, studiuje bezpieczeństwo narodowe na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu (wcześniej dwa lata historii), pracuje w barze. W ONR działa w sekcji gospodarczej, handluje gazetą wydawaną przez organizację. W liceum był kibicem klubu żużlowego i tam nauczyli go patriotyzmu, np. organizowali akcje upamiętniające „żołnierzy wyklętych”, był z nimi na Marszu Niepodległości.
– Dawno nie rozmawiałem z nikim o ideach, bo z kolegami z ONR obgadujemy tylko bieżącą politykę. Teraz, w wakacje, niewiele się dzieje, ale będzie rocznica poznańskiego Czerwca 1956, odezwę się – mówi.
Dostaję regulamin stażu kandydackiego. Staż trwa rok i kończy się egzaminem z zadanych lektur. Obowiązki: mam bezwzględnie szanować innych działaczy (zwracać się do nich na zebraniach „koleżanko”, „kolego”, chyba że ktoś wyższy rangą zaproponuje przejście na ty; nie przeklinać), witać się: „Czołem (Wielkiej Polsce)”, uznać hierarchię (np. rękę wyciąga najpierw osoba wyżej postawiona i udziela głosu), przychodzić raz w tygodniu na zebrania albo zgłaszać nieobecność, nie rozmawiać z mediami na temat ONR, nie pić alkoholu przed akcjami. Jeśli złamię którąś z zasad, dostanę upomnienie. Mam na pamięć nauczyć się „Modlitwy Narodowych Sił Zbrojnych”:
Panie Boże Wszechmogący,
daj nam siłę i moc wytrwania
w walce o Polskę,
której poświęcamy nasze życie (...)
Jeszcze „Roty” i „Hymnu Młodych”, od których zaczyna się w ONR spotkania:
Złoty słońca blask dokoła,
Orzeł Biały wzlata wzwyż,
Dumne wznieśmy w górę czoła,
patrząc w Polski Znak i Krzyż (...)
Dostaję też listę lektur do egzaminu i strukturę organizacji, ale bez imion i nazwisk kierowników. Są za to sekcje: promocji, naukowo-szkoleniowa, prawna, informatyczna, kresowa i sportowa.
Nie klaszczemy Połowa czerwca. SMS od Rajewskiego: w klasztorze Dominikanów w Poznaniu jest msza święta w intencji ofiar Czerwca ’56 – „zapraszam w imieniu moich przyjaciół z ONR:). Mnie niestety nie będzie ze względu na wizytę na drugiej stronie Poznania w sprawie nowego mieszkania. Moi ludzie będą czekali za Tobą pod kościołem. Chcę, żebyś wspólnie uczestniczyła z nimi w obchodach, co Ty na to?:)”.
Cieszę się, piszę, że wspólnie przeżyjemy rocznicę.
Pod kościołem czekają trzej mężczyźni z ONR Poznań. Są w eleganckich, wyjściowych koszulach. Jest też Kinga, 22-latka, ubrana w czarny kostium, studentka. Dowodzi Mateusz Szymański, dwudziestoparolatek, ogolony na zapałkę, z zieloną opaską z symbolem falangi na ramieniu. Stajemy na dziedzińcu kościoła Dominikanów. Z głośników słychać, jak ksiądz wita prezydenta RP Andrzeja Dudę – klaszczemy. Ksiądz wita ministra finansów z PiS – klaszczemy, ministra kultury – klaszczemy, Lecha Wałęsę – nie klaszczemy, kombatantów – klaszczemy, prezydenta Poznania – nie klaszczemy, marszałka województwa z PO – nie klaszczemy, przewodniczącego rady miasta z PO – nie klaszczemy, przedstawiciela „Solidarności” – klaszczemy.
Po mszy idziemy nieopodal, na plac Mickiewicza, gdzie zaczną się obchody. Maszerujemy z kibicami Lecha, partią Kukiz, „Gazetą Polską” i Młodzieżą Wszechpolską. Ktoś skanduje: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. My w ciszy. Palą się race, dym zasłania widok. Stajemy z ludźmi z prawicy przed ustawioną na placu sceną dla polityków. Przemawia Lech Wałęsa. Krzyczymy z tłumem: „TW »Bolek!«”. Obok, za barierkami, ludzie z KOD-u w odpowiedzi skandują: „Lech Wałęsa!”. Idziemy kilka ulic dalej, by złożyć róże pod pomnikiem poległych w powstaniu poznańskim.
– Wiem, że nie chcesz korzystać z Facebooka, jak napisałaś w ankiecie, ale powinnaś założyć jakieś konto, bo na nim omawiamy akcje – radzi mi Mateusz.
Zgadzam się z nim, choć boję się, że mnie zdemaskują, dlatego byłam w ankiecie niechętna Facebookowi. Wracam do domu, zakładam konto, już po chwili Mateusz dodaje mnie do tajnej grupy ONR Poznań. Wkrótce przyłączy do kolejnej, w której są działacze Obozu z całej Polski. Jest ich tam około siedmiuset. Kierownik główny ONR Aleksander Krejckant powie mi później, że w organizacji działa tysiąc osób. Wkrótce, w sierpniu, sekretarz Brygady Wielkopolskiej spyta, czy zajmę się korektą tekstów. Zgodzę się i zostanę dołączona do grupy ONR Wielkopolska, w której jest około 40 osób.
A gugu! Początek lipca. Odbieram telefon od Mateusza Szymańskiego. – Czołem! – mówi. – Jedziemy na grilla nad jezioro, chcesz?
– Czołem! Chętnie.
Przyjeżdżam. Znajduję ich na końcu plaży jeziora Rusałka w Poznaniu. Rozkładamy ręczniki, chłopcy rozbierają się do kąpielówek, ja w stroju. Pływamy, opalamy się. Mateusz czyta coś w telefonie.
– Szukam przepisu na ciastka. Jak przyjdę do domu, to sobie upiekę – mówi.
Obok mnie Ania. Ma 29 lat, włosy farbowane na rudo, dziewczęca uroda i flaga Polski na rękawie bluzy. Wyjmuje z wózka dwuipółmiesięczną córkę. Odsłania pierś, karmi. Podchodzi jej mąż Michał Piernicki, 24 lata, na przedramieniu tatuaż Polski Walczącej, włosy ścięte przy skórze, działacz ONR. – Idź na ławkę – nachyla się do żony i mówi trochę przerażony, ścisza głos. Pokazuje głową na miejsce oddalone o kilkanaście metrów. Żona go ignoruje. Michał czuje, że nic nie wskóra, biegnie grać w piłkę z chłopakami.
Gdy się pakujemy, chłopaki stoją nad wózkiem, Mateusz, kierownik ONR, najbliżej. – A gugugugugu... – śmieje się do dziecka.
Pielgrzymka W połowie lipca ma się odbyć I Piesza Pielgrzymka Narodowców na Jasną Górę. Mówił mi o niej Rajewski podczas rozmowy rekrutacyjnej. Pielgrzymować mają różne środowiska nacjonalistów, np. Młodzież Wszechpolska i ks. Jacek Międlar. Chcę iść, dopytuję. Dzwonię do Mateusza Środy, koordynatora ONR w województwie małopolskim. Zapisuje mnie. Mówi, że pójdzie tylko kilka osób.
17 lipca. Jadę do Krakowa, skąd mamy pójść pieszo do Częstochowy Szlakiem Orlich Gniazd.
Jestem w siedzibie ONR w Krakowie, koło dworca, w budynku na parterze. Na błękitnych ścianach obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, Chrystusa Króla i Michała Archanioła. Pod nimi szczerbiec – miecz koronacyjny królów polskich, przedwojenny symbol ruchu narodowego. Dalej portrety Jana Mosdorfa, Romana Dmowskiego, Leona Degrelle’a (członek SS, ulubieniec Hitlera). Jest worek bokserski zawieszony na łańcuchu, dalej kuchnia, łazienka, biblioteczka – kilkadziesiąt lektur religijnych i historycznych. Na ziemi „Dziennik” Anny Frank, żydowskiej dziewczynki, która zginęła w obozie koncentracyjnym.
– Czytałeś to? – pytam Mateusza.
– Nie. Znasz postaci z portretów? Degrelle’owi wymazaliśmy na portrecie znak SS, bo nie lubię szowinistycznego nacjonalizmu.
Mateusz tłumaczy, że trafił do ONR prawie sześć lat temu jako niedojrzały chłopak, który nie wierzył w Boga. Zainteresował się historią, kolega mu pożyczył lektury, zaczął chodzić na msze i uroczystości patriotyczne. Półtora roku temu się nawrócił, choć jego rodzice chodzą do kościoła od święta. Jego ojciec nie akceptuje, że syn jest w ONR, choć Mateusz nie umie sprecyzować poglądów ojca.
W kuchni otwiera szafę. Wyciąga z niej książki wydane przed dziesięcioleciami – życiorys i opis pogrzebu Romana Dmowskiego. Bierze jedną, otwiera na stronie z cytatami w językach obcych.
– Popatrz, nie są przetłumaczone na polski, bo ludzie znali wtedy języki – mówi z podziwem.
Idziemy z pielgrzymką. Ja, Mateusz, Robert, ks. Łukasz Szydłowski z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X (lefebryści, przekonani o kryzysie wewnątrz Kościoła, do którego przyczyniają się m.in. masoni, odrzucają część postanowień Soboru Watykańskiego II) i dziewczyna, też Justyna, wierna Bractwu Piusa X.
Idziemy kilkadziesiąt kilometrów dziennie po łąkach i lasach. Czasem gubimy się i nadrabiamy drogę. Rano msza, trzy razy dziennie różaniec, także po łacinie, Anioł Pański, wykład, np. o historii bractwa, śpiewanie pieśni maryjnych. Samochód z naszymi bagażami prowadzi Mateusz, więc idziemy we trójkę.
W przerwie między modlitwami Robert przekonuje żarliwie: – Mam kolegę geja – mówi. – Ale homoseksualiści nie mogą mieć praw na przykład do małżeństwa, bo będą dawać zły przykład dzieciom.
Księdzu spuchło kolano, bolą go stopy, ma za małe buty. Nocleg w jednej z parafii, proboszcz prowadzi nas do pomieszczenia, które wygląda na dawną kaplicę, i znika w drzwiach. Przygotowujemy kolację. Robert prosi ks. Łukasza o wykład z teologii. Robert mówi mi o Żydach z żarliwością wykładowcy.
– Czuliśmy się wykluczeni jako Polacy, bo Żydzi zajmowali ponad 50 procent miejsc na niektórych kierunkach wyższych uczelni.
Siadamy do stołu.
Dzień przed wejściem na Jasną Górę przychodzimy do parafii św. Józefa Rzemieślnika w Częstochowie. Proboszcz gości nas na plebanii, pokazuje pokoje, zaprasza na kolację. Jesteśmy zdenerwowani, bo biskupi Kościoła katolickiego niechętnie patrzą w Polsce na lefebrystów. W jadalni po jednej stronie stołu siedzą proboszcz, wikary, zakonnica i jacyś pielgrzymi. Po drugiej – ks. Łukasz, Robert, Mateusz, Justyna i ja.
– Z jakiej parafii jest ksiądz? – pyta głośno stary proboszcz naszego ks. Łukasza.
Robert, co powie mi później, myśli wtedy: jedz lepiej szybko, co na stole, bo zaraz nas wyrzucą. Mateusz i Justyna wstrzymują oddech i patrzą z napięciem na naszego księdza. Ks. Łukasz szepcze, że z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Milkną rozmowy. Czekamy. Proboszcz zmienia temat.
Żaden z proboszczów, u których nocowaliśmy w świetlicach, nie pozwolił na odprawienie mszy w kościele ks. Łukaszowi. Jeden przyznał, że bał się biskupa. Rano pijemy wspólnie kawę. Robert prosi Justynę, by powiedziała coś po śląsku. Jest studentką teologii i psychologii. W pierwszej kolejności, jak mówi, jest Ślązaczką, a potem Polką. Przekomarzają się z nią, że Śląsk jest Polski, a ona Polką. Justyna odpowiada gwarą śląską: „Kto ty jesteś, Polak mały”.
Po śniadaniu docieramy na Jasną Górę. Wchodzimy do kościoła, każdy przyklęka.
– Justyna, jak przyklękasz, to na prawe kolano albo na oba. Nie podpieraj się – tłumaczy mi Robert nauczycielskim tonem.
Idziemy do bocznej kaplicy na mszę. Z nami jest jeszcze kilka kobiet i mężczyzn z ONR z innych regionów Polski. Na koniec śpiewamy „Z dawna Polski Tyś Królową”. Wychodzimy z kaplicy, Robert ma łzy w oczach, bo wzruszyła go wspólna msza święta po łacinie. Przez całą pielgrzymkę wieczorami uczyliśmy się na pamięć słów liturgii w tym języku, żeby umieć odpowiedzieć księdzu.
Idziemy na dworzec PKP.
– Martwisz się, że na pielgrzymce szły tylko trzy osoby? – pytam Mateusza, gdy wsiadamy do pociągu. Jedzie do Piotrkowa Trybunalskiego, do domu rodziców.
– Wszystko mi zawsze wychodzi – żali się. Staram się go pocieszyć.
– Czołem i z Panem Bogiem – mówi w drzwiach pociągu, gdy wysiada.
Zakon Dwa tygodnie po pielgrzymce zostaję zaproszona na spotkanie tzw. Zakonu. Kieruje nim niejaki Antoni Myśliński. To pion ONR, który „zgłębia religijność oraz mistycyzm w duchu walki z modernizmem w Kościele, islamizmem i masonami” i zajmuje się „akcjami przeciwko antykatolickim ośrodkom w kraju”.
Wstęp do Zakonu to trzy stopnie. Pokonuję pierwszy: odmawianie różańca, czytanie zadanych książek, udział we mszy w Bractwie Piusa X, który wystarcza, by w ostatnią sobotę sierpnia pojechać na zjazd Zakonu w Warszawie. Znajome twarze: Robert Bąkiewicz, Mateusz, małżeństwo Klaudia i Karol i jeszcze jeden chłopak z ONR, którego nie znam.
Karol ma 27 lat, studiował historię i administrację, jako student pisał do gazetki kibiców Korony Kielce. W Kielcach pracował w dawnym więzieniu UB jako przewodnik. Odmawiamy wspólnie różaniec w kaplicy bractwa, potem słuchamy Antoniego. Stoi przed nami w koszuli, spodniach, chodzi po sali jak nauczyciel. Mówi, że odszedł oficjalnie z ONR, bo wyjeżdża do seminarium Bractwa Piusa X. Jednemu z nas przekaże kierownictwo nad Zakonem. Zawiesza głos. Po chwili dodaje, że „Robertowi, głowie rodziny”. Robert nachyla się do mnie i szepcze: – Będę to musiał jakoś pogodzić z nową funkcją współorganizatora Marszu Niepodległości.
Antoni kontynuuje.
– Przypominam, że jednym z zadań Obozu Narodowo-Radykalnego jest dążenie do tego, aby jak najwięcej rodaków zbawiło swoje dusze. Musicie szerzyć różaniec w waszych rodzinach, wśród koleżanek i kolegów z ONR i ludzi spoza organizacji. Możecie też zająć się akcjami w terenie. Na przykład rozpylić śmierdzącą substancję na koncercie Behemotha.
– Szukaliśmy już takiej w internecie – przerywa Klaudia.
– Moglibyśmy zrobić to kolejno w kilku miastach – mówi ktoś z sali.
– Ale jeśli zrobimy to raz, to na kolejnych koncertach nas złapią – dodaje ktoś.
Antoni, który za chwilę zostanie księdzem, doradza: – Lekarzowi, który wykonuje aborcje i zabija dzieci, można porysować samochód i zostawić list. Napisać, że jeśli się nie nawróci, czeka go kara piekła. Można dodać, że jeżeli nie przestanie zabijać dzieci, znowu porysujecie – mówi poważnym tonem. – Oczywiście nie podpisujcie się pod tym jako ONR.
– Trzeba tak to zrobić, żeby się nie dać złapać – dodaje Robert z uśmiechem.
– Dbajcie o naszą organizację, będę się za nią modlił w seminarium – kończy Antoni.
Nocuję w domu Roberta. Parterówka, wokół zieleń i drewniany stół z ławkami. Wstaję o świcie, bo jedziemy autokarem na pogrzeb „żołnierzy wyklętych” do Gdańska. Żona Roberta siedzi na dworze, przysiadam się. Trzynastoletnia córka ubrała się w sukienkę do kostek i siada obok nas. Robert, który kręci się po podwórzu, patrzy na córkę i mówi stanowczo:
– Przebieraj się, jedziesz na pogrzeb.
Córka patrzy z wyrzutem, ale bez słowa wychodzi. Wraca w jasnej spódniczce. Nie zdąży przejść progu w drzwiach, gdy Robert podnosi głos:
– Bo nie pojedziesz, ubieraj się na czarno, narzuć coś na ramiona.
Dziewczyna wychodzi. Robert załamuje ręce, że to taki wiek, że dziewczyna chce się podobać chłopakom. Żona potwierdza skinieniem i wychodzi pomóc córce, która ubiera się na czarno. Żona podaje Robertowi kanapki i termos.
Gdańsk. Stoimy na placu przed kościołem, idziemy z flagami ONR przed główne wejście do bazyliki. Robert rzuca komendę: – W dwuszeregu zbiórka!
I tak stoimy całą mszę. Na podniesienie Najświętszego Sakramentu klękamy na gołej ziemi z flagami w rękach. Robert wychodzi przed szereg, widzi, że jeden chłopak stoi.
– A kolega? Na kolana – wydaje ostro polecenie.
Chłopak tłumaczy się, że choruje. Robert nic nie mówi, odchodzi i klęka na oba kolana.
Trzy dni później zostaję dodana do grupy Zakonu na Facebooku. Do połowy października będzie liczyła 23 osoby z ONR.
Poseł PiS i obietnica Początek sierpnia. Jadę z Jackiem, który mnie rekrutował, Mateuszem i Błażejem Madalińskim na obchody rocznicy urodzin Romana Dmowskiego w Chludowie, w Wielkopolsce, gdzie przywódca endecji mieszkał w latach 20. Składamy kwiaty pod jego pomnikiem. Obok jest dom misyjny ojców werbistów, idziemy na mszę, potem poczęstunek. Podchodzi do nas Bartłomiej Wróblewski, poseł Prawa i Sprawiedliwości z Poznania. Na ramionach mamy zielone opaski z falangą.
– Pani jest z ONR? – pyta mnie i wyciąga rękę.
– Tak – odpowiadam. Poseł wita się z chłopakami. Też go nie znali. Poseł mówi, że sfinansuje połowę kosztów za autokar na wyjazd na Marsz Niepodległości 11 listopada dla środowisk patriotycznych z Poznania. Proponuje, żebyśmy pojechali tym autokarem. Chłopcy cieszą się, ale są zdziwieni. Ustalamy, że wrócimy do tematu w październiku.
Nagana: z liścia Dostajemy do przeczytania od kierownika ONR Poznań naganę, którą dostał inny oddział w Polsce po pogrzebie „żołnierzy wyklętych”. Czytam w niej, że niektórzy mieli opaski z falangą założone na gołe ramię, za co następnym razem będzie kara cielesna. Upomnienie podpisane jest pseudonimem i brzmi tak:
„Wiem, że było gorąco, zdaję sobie sprawę, że wielu jechało na ten pogrzeb setki kilometrów, ale za przeproszeniem kurwa krótkie spodenki na pogrzebie?! Skąd Wy się urwaliście? Gdzie byli koordynatorzy? Kto dawał ludziom w krótkich spodenkach flagi do rąk? To jest kurwa festyn, piknik czy poważna organizacja narodowa?! Kogo wy [koordynatorzy] przyjmujecie do tej organizacji? Na każdej manifestacji ONR ludzie trzymający flagi ubierają długie ciemne spodnie. Stoisz z opaską na łapie, nie trzymasz flagi, to w momentach podniosłych, podczas przemówień naszych działaczy czy ludzi ważnych nie trzymasz łap w kiermanie, tylko stoisz z wypiętą klatą i rękami skrzyżowanymi z tyłu! Marzą się Wam mundury, a nie potraficie podstawowych spraw dopilnować. Niech mi świadkami będą wszyscy tu obecni. Od dziś każda osoba, która nie będzie umiała się zachować, zostanie przeze mnie ukarana liściem [uderzenie dłonią w twarz] i pozbawieniem symbolu, którego nie potrafi uszanować. Brygady będą pozbawiane flag, aż nauczycie się podchodzić do sprawy GODNIE”.
Zmiana w strukturze poznańskiej. Mateusz przestaje być kierownikiem, zastępuje go Błażej Madaliński. Ma 25 lat, skończył budownictwo na Politechnice Poznańskiej. Jest redaktorem na portalu internetowym ONR. Dołączył do organizacji rok temu, gdy usłyszał, że do Europy napływają islamiści, chciał przed nimi bronić Polski. Idziemy do siedziby ONR. Nie mamy kluczy, czekamy pod drzwiami i rozmawiamy. Pytam o jednego z członków ONR, który jest skinem.
– Ale u nas w organizacji nie ma miejsca na rasizm – odpowiada. – Kilka dni temu idę wieczorem ulicą w Poznaniu. Widzę, jak na Murzyna idą dresiarze. Jeden go obraża. Pomyślałem, że jeśli go nie zostawią, to go obronię. Nie wiedzą, jakim jest człowiekiem, co zrobił, to czemu go obrażają.
– Też bym tak postąpiła.
– Jeśli chodzi natomiast o wyznawaną wiarę, o islam i judaizm, to fałszywe, szatańskie religie.
– Dlaczego?
– Mahomet był fałszywym prorokiem, a Żydzi nie uznali Chrystusa. Chrześcijaństwo jest jedyną wiarą, przez którą człowiek może być zbawiony i pójść do nieba. Powinniśmy się modlić za Żydów i muzułmanów, żeby się nawrócili.
Poseł PiS i kasa Początek października. Błażej mówi na zebraniu oddziału, że poseł Wróblewski z PiS zaprasza go do biura partii. Idziemy na marsz antyaborcyjny w Poznaniu z organizacjami pro-life. Po marszu pytam Błażeja, po co poseł PiS go zaprosił.
– Pytał, czy poprzemy ich kandydata na prezydenta Poznania w kolejnych wyborach – mówi.
– I co mu odpowiedziałeś? – pytam zaciekawiona.
– Uciekłem od jednoznacznej odpowiedzi posłowi, bo to partia bezideowa i kłamliwa, a patriotyzm to ich sposób na zbicie kapitału politycznego.
– A co z tymi autokarami na Marsz Niepodległości?
– Jeśli uda nam się zapełnić cały autokar, to zapłacimy 30 zł za przejazd w dwie strony od osoby. Mam na to pieniądze od posła. 1500 zł.
– Podpisaliście jakąś umowę?
– Nie.
– Wyjął pieniądze ot tak z portfela i ci dał? – dopytuję.
– To nie jego zarobione pieniądze, tylko partii, więc nie miał z tym problemu. Kilka dni po naszym spotkaniu dał te 1500 zł gotówką Bartkowi [członek ONR w Poznaniu, działa w sekcji naukowo-szkoleniowej]. Nam głupio nie skorzystać, a on nic nie traci jako polityk. Z początku zaproponował, że dofinansowanie przekaże Bogdanowi Freytagowi [szef związku Wierni Polsce z Poznania, organizacji nacjonalistycznej]. Odpowiedziałem, że to ja chcę organizować wyjazd. Myślę, że poseł nas testuje, czy zachowamy się uczciwie i czy nie zabierzemy tej kasy, by zorganizować autokar po normalnej cenie. Poszedłem też do posła, bo w ONR od czasu rocznicy w Białymstoku nic się nie dzieje prócz dyskusji w internecie. Nikt nie ruszył się sprzed komputera, by przyjść na marsz zboczeńców. Góra ignoruje moje pomysły. Tylko jednostki mają ideały w ONR i chcą coś robić.
Poseł Wróblewski, gdy go spytam później o pieniądze dla ONR, powie mi, że trzeba wspierać postawy patriotyczne, że pomaga im z własnych środków. – Nie chodzi o budowanie bieżących relacji politycznych, co zresztą ze względu na różnice może być trudne. Ale jesteśmy jednym społeczeństwem i musimy ze sobą rozmawiać.
Spowiedź Idę wieczorem ulicą z ks. Łukaszem Szydłowskim z siedziby warszawskiego oddziału ONR. Gościł na zjeździe Zakonu.
– Chciałabym się wyspowiadać – mówię.
– Teraz?
Przystępuję do spowiedzi w samochodzie księdza. Otwieram modlitewnik Bractwa Piusa X.
– Pobłogosław mnie ojcze, bo zgrzeszyłam... – zaczynam od tych słów. Ksiądz błogosławi. – Zgrzeszyłam myślą, w organizacji nacjonalistycznej, do której należę, ratujemy dusze grzeszników przed piekłem. Odmawiamy za nich różaniec. Planujemy też akcje w terenie wymierzone przeciwko antymoralności chrześcijańskiej. Jeden z kolegów podał przykład, żeby lekarzowi, który zabija dzieci, porysować samochód i zostawić list z ostrzeżeniem. Za wszystkie grzechy szczerze żałuję i postanawiam się poprawić. Proszę o naukę i zbawienną pokutę – mówię.
Zapada cisza. W końcu ksiądz mówi. – To nie jest grzech – poucza. – Jeśli zniszczysz cudzą rzecz, jej właściciel się wystraszy i nie zabija już dziecka, to znaczy, że się nawrócił i dostąpi zbawienia. Lekarz powinien zostać uświadomiony, że czekają go kara i potępienie. Nie można jednak skrzywdzić drugiego człowieka. Jego rzeczy tak, ale nie samego człowieka. Nie jest grzechem też, gdy życzymy grzesznikowi choroby, żeby się dzięki niej nawrócił. Czy takie akcje mają jednak sens? Czy lekarz faktycznie nawróci się ze strachu? Trzeba też przeprowadzić je rozsądnie – poucza ksiądz.
– Czyli jak? – pytam.
– Nie daj się złapać. W wypadku koncertu to nie będzie trudne. W wypadku samochodu unikaj kamer i ubierz się na czarno – mówi.
Udziela rozgrzeszenia.
autorka: Justyna Bryske
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,20932332,jak-wstapilam-do-onr.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.21 17:07 SoleWanderer Bezdomny ochroniarz na służbie za 3.50 - wyborcza

Ochroniarz z Katowic nie dostał wypłaty, więc z fontanny wyciągnął 3 zł na jedzenie. I za to wyleciał.
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20690992,bezdomny-ochroniarz-na-sluzbie-za-3-50.html
Wrocław. Deszczówka zbiera się w słoiku. Krople gaszą Jankowi papierosa skręconego z gazety. Chowamy się do betonowej budy, w której śpią razem z Zośką. Ogródki działkowe na Oporowie spowija zasłona wody.
Janek jedzie do pracy. Przez 72 godziny będzie ochraniał teren, na którym buduje się politechnika. Za każdą z godzin dostanie 3 zł i 70 gr.
Bunt w ogródku. Dlaczego wyrzuca się ludzi mieszkających na działkach?
Myj się w strumyku
Poznań. Lato 2013 roku, agencja TG Security Group werbuje ludzi do pracy w schronisku dla bezdomnych w podpoznańskich Borówkach. "Zakres obowiązków - dozorowanie, umowa - zlecenie, liczba godzin pracy - 40". Ktoś się zgłasza, przyjmują go, anonsuje innych.
Na rozmowę idzie Włodzimierz Knasiecki, były pracownik ambulansu pocztowego, na rencie, od dwóch lat bezdomny. O nic go nie pytają.
Na ulicy znalazł się w 2011 roku. Wcześniej mieszkał z ojcem, z zawodu rzeźnikiem. Na dwupokojowe mieszkanie na Wildzie czekają w PRL-u 10 lat. Po maturze Włodek chce iść na studia, ale u matki wykrywają raka. Musi zarabiać. Zostaje kurierem, jeździ ambulansem pocztowym. Najczęściej do Krakowa. Trochę baluje, ale większość pieniędzy oddaje matce. W czasie rozładunku przesyłek doznaje urazu kręgosłupa - trafia do szpitala, przerzucają go na magazyn. Ale tu też musi nosić paczki. Nie jest w stanie dalej pracować - dostaje rentę. Ojciec nie wykupuje mieszkania na własność, jest głównym najemcą. Po jego śmierci czynsz wzrasta trzykrotnie - do ponad 800 zł. Włodkowi nie starcza 700 zł renty, wpada w pętlę zadłużenia i ląduje na ulicy.
Włodzimierz jest na początku zadowolony z pracy. Pilnuje budowy, firma płaci w miarę regularnie. Wynajmuje pokój na osiedlu Batorego i opuszcza schronisko dla bezdomnych. W kwietniu 2014 roku słyszy, że w Poznaniu nie ma już roboty, i musi jechać na Kaszuby. Przez trzy tygodnie ma pilnować budowy rurociągu, aż znajdą kogoś innego. Robi się z tego ponad pół roku.
Nie ma internetu, więc nie czyta komentarzy z sieci: "Warunki pracy w tej firmie przerażają mnie. Chronię maszyny za 5 zł na godzinę. Siedzę w przyczepce, w której nie ma prądu, wody". "Jedno wielkie gówno, kary za wszystko, zero wypłaty". "Jednemu ochroniarzowi kazali pilnować pustego placu na drewnianej ławce przez 24 godziny".
Budowa jest w okolicy Lęborka. Pilnuje koparek i spychaczy, kiedy zjeżdżają do bazy po pracy. Maszyny stoją na łące, kilka kilometrów za wsią. Nie ma płotu, alarmu, oświetlenia. Stróżówka to kempingowa przyczepa na dwóch kółkach. W środku - butla z gazem i polowe łóżko. Nie ma toalet, prądu, wody. Gdzie ma się umyć? Pokazują strumyk na łące. Gdzie ma się załatwiać? Pokazują krzaki. Żeby naładować telefon, idzie kilka kilometrów do sklepu. Telefon musi mieć zawsze naładowany, bo dzwonią i sprawdzają, czy pilnuje. W nocy stróżuje w przyczepie, a śpi w niej w dzień. Potem przerzucają go do kolejnych wsi. Dwa razy w miesiącu przyjeżdża pracownik z alkomatem. Za picie można dostać 300-500 zł kary. Kara jest też za brudny mundur. Po kontroli podpisuje oświadczenie, że zgadza się z wynikiem badania alkomatem. Czasem przechodzi kilka badań z rzędu: po południu, przed północą, po północy.
Wyliczył, że winni są mu kilka tysięcy. Płacą 500, 600 zł, choć pracuje dwa razy tyle. Kiedy nie ma za co żyć, pomagają mu Kaszubi. Sprzedają taniej chleb i ładują komórkę.
Ma rentę, ale komornik ściąga z niej 150 zł za jazdy na gapę, kiedy był bezdomny, bank odciąga kredytowe raty. Zostaje 450 zł. Ile może, przesyła właścicielce pokoju. Prosi firmę o zaliczkę na mieszkanie i podaje adres właścicielki. Kobieta dwa razy zjawia się w firmie po pieniądze: po awanturze dostaje raz 650 zł, drugi raz 800 zł.
Godziny i nadgodziny notuje w notesie: 7 grudnia - 24 godziny. 8 grudnia - 13 godzin.
9 grudnia wody podziemne zalewają budowę. Firma się zwija.
Z Poznania przyjeżdża do niego osobiście szef spółki i były ochroniarz- Mariusz Hemmerling. Elegancki, w dobrym aucie. Każe wracać do Poznania pociągiem, choć ma wolne miejsce w aucie.
Włodek jedzie: najpierw autobusem do Lęborka, z Lęborka do Gdańska, a w Gdańsku wsiada w pociąg do Poznania. O 5 nad ranem jest w Poznaniu, o 9 dzwoni telefon, że za chwilę zaczyna kolejną pracę. Stróżuje w Środzie Wielkopolskiej, pod Słubicami i w podpoznańskich Sadach. W tej samej przyczepie kempingowej. W Wigilię kończy się gaz, kierownik mówi, że przywiozą mu dopiero po świętach.
Od Bożego Narodzenia do Nowego Roku pracuje po 24 godziny dziennie.
1 stycznia przestaje wierzyć, że cokolwiek się zmieni. Wraca do Poznania.
W siedzibie TG Group Security składa wymówienie i prosi o zwrot pieniędzy. Dają do podpisania oświadczenie, że zrzeka się roszczeń; odmawia.
Kornelia, streetworkerka, radzi, żeby poszedł do sądu. Jedzie do Państwowej Inspekcji Pracy i pisze pozew. Sąd podlicza, że Knasiecki spędził od kwietnia do stycznia 3305 godzin na budowie. W przeliczeniu - 4 zł netto za godzinę - wychodzi 15 tys. 432 zł. Po odliczeniu zaliczek firma jest winna Knasieckiemu - 9 tys. 522 zł. Ale kiedy Włodzimierz wygrywa proces, firmy już nie ma.
O godność 250 tys. pracowników ochrony w Polsce
3 zł z fontanny na chleb
Wrocław. Janek z ogródków na Oporowie wylicza, gdzie ochraniał: Martold, Wolf, grupa ALFA, Kompleks. Najgorzej było w Wolfie (3,50), po godzinach kazali odśnieżać 300 metrów parkingu. Teraz na czarno, nie powie gdzie. 340 godzin w miesiącu po 3,70, ale obiecali, że jak się postara, to dostanie piątaka. Sam wolał na czarno, bo ma komornika - 15 tys. za alimenty. Zarzeka się, że chciałby spłacić, ale jak weźmie umowę-zlecenie, to z wypłaty nic mu nie zostanie. Wszystko zabiorą alimenty.
Solidarność alimenciarzy. Mój ojciec nie płacił, mój szef nie płaci, ja też nie zapłacę!
Więcej, mówi Janek, niż w ochronie da się wyciągnąć na złomie. Jednak zimę trzeba gdzieś przeczekać, a w schronisku, jeśli pracujesz, zostawiają ci tylko stówę z wypłaty. Schroniskowa fala też potrafi dokopać.
A w ochronie, jak się ma szczęście, to jest czajnik i rosołek zjesz. Janek przyznaje: czasem się też łyknie, ale trzeba z głową. Za jedno, dwa piwa od razu nie zwolnią, raczej każą zmienić obiekt. - Szajs i wegetacja, bezapelacyjnie - mówi. - Kurde, ja bym sobie coś wynajął, a co mogę za 3,70? Nie zdechnąć. Patrz, mam tu dziewczynę - przytula Zośkę, która marznie od deszczu i wyciera nos w rękaw. - Zabrałbym ją do kina, ale dwa bilety po 25 zł to 15 godzin pracy. Wiesz, że ona nigdy w życiu w kinie nie była?
Tak właśnie, będziemy mówić o tych na samym dole.
5,5 tys. koncesji firm ochroniarskich, około 300 tys. pracujących w ochronie. Na górze - ochrona z licencjami, pracownicy patroli, konwojów, obstawa VIP. To niewielka część. Schodzimy niżej, dalej są obiekty "z listy wojewody", pilnowanie ważnych budynków, jednostek wojskowych. A na samym dnie - to jest większość, 150-200 tys. ludzi - pilnujący budów, osiedli, instytucji publicznych. Najgorzej płatna branża w Polsce. Studenci, renciści, emeryci, niepełnosprawni, bezdomni. Bez umów o pracę, bez ubezpieczenia. Z długami, z komornikiem, z alimentami, brudnymi kredytami. Niewyspani, poniżani. Próbujący przeżyć za 5 zł za godzinę, za 4,70, za 3,50, za 2,70. Pracują 300, 400, 500 godzin w miesiącu.
Niewolnik do wynajęcia
Jak ten w Bolechowie, który siedzi w rozsypującej się budce z trzech płyt pilśniowych na całodobowych dyżurach. Jak Zygmunt z Wrocławia, który pracuje 500 godzin w miesiącu (na budowie praktycznie zamieszkał). Jak tamten z Katowic, który nie dostał wypłaty, więc z fontanny w centrum handlowym, którego pilnował, wyciągnął sobie 3 zł na jedzenie (i za to go zwolniono).
Siedzimy z Jankiem, Zośką i Romanem na ławce w parku, gdzie zawsze sobie siedzą i palą papierosy z gazety.
Roman, kolega Janka, zaliczył ekonomię, zanim ekonomia przygniotła Romana. Zanim trafił do ochrony, w latach 90. studiował na Akademii Ekonomicznej (dziś Uniwersytet Ekonomiczny), potem trzy lata w dziale sprzedaży Toshiby. Wyjechał do Anglii, przez dekadę był kucharzem, szefem kuchni w knajpie od burgerów. W koledżu na lekcjach angielskiego poznał żonę, mieli dom, dziecko. - I narobiłem głupot. Żona chciała rozwodu. Wróciłem do Polski, ale nie chcieli mnie w sprzedaży ani w kuchni, więc poszedłem do ochrony - opowiada.
Pierwsza robota - Nord-Wacht, 29 kamer skierowanych na trzy biurowce.
W Stabilu pilnował parkingu (4 zł). Potem za pieniądze sprawdzał śmietniki, czy ludzie segregują (jeśli nie, trzeba poprzekładać). Od śmietnika do śmietnika jeździł na rowerze. Teraz znowu idzie do ochrony, ma dziś rozmowę o pracę.
Równiej. Co właściwie zrobił Piketty?
Śmierć ochroniarza
Warszawa. Puk, puk w szybę. Rysiek naciska brzęczący guzik. Siedzimy w pokoju ochrony na eleganckim osiedlu, które właśnie oddawane jest do użytku. Rysiek miesza herbatę i opowiada, że w Warszawie jest tak samo: ze schroniska na Wolskiej agencje ochrony wyciągają bezdomnych. Rysiek ma dom i nawet samochód, tylko nie ma życia. W PRL-u był taksówkarzem, wyjechał do Szwecji, wrócił w 1990 roku i załapał się do jednej z pierwszych firm ochroniarskich w Polsce, wtedy brzmiało to dobrze.
Rysiek: - Defendor, jeszcze nie weszły przepisy o ochronie, a oni byli krok do przodu, wiedzieli, o czym będzie się mówić w Sejmie. Łyknęli zlecenia na stacje benzynowe. Woziłem kasę w konwoju, ale zwolnili mnie, bo miałem pretensje o procedury bezpieczeństwa. Miałem, bo wróciłem raz z dziurą po kuli w błotniku. Potem był boom, agencji się namnożyło, gigantyczne pieniądze. Każdy wiedział, że nocami na tramwaju wodnym w Warszawie, bo to dyskretne i ciche miejsce, szły kontrakty i lewe walizeczki z kasą. No, tylko ochroniarze dostawali coraz mniej. Pracowałem w Juwentusie, pilnowałem osiedla: dwie agencje towarzyskie, dwie firmy przewozowe, basen, przedszkole, parking, kort tenisowy. 3,40 na rękę za godzinę. Na drodze pożarowej stawały samochody, trzeba było wzywać policję. Nie do wszystkich - prezes dał mi kilka numerów rejestracyjnych. Nie miałem farta. Policja wypisała mandaty, o 2 w nocy wchodzi blondynka w czerwonej sukience i daje mandat: pan zapłaci albo pan nie pracuje. Samochód dostała od męża na 40. urodziny. Nie zapłaciłem, to szef wysłał mnie na urlop, a potem zwolnił, bo tamta kobieta nie czuła się komfortowo, gdy mijała mnie w budce. Poszedłem ochraniać budowę. Miałem zadanie: przy wejściu badać Ukraińców alkomatem. Na sąsiedniej budowie spadł chłopak. Wszyscy u nas wiedzieli, że przebrali go tam w ciuchy cywilne i zrobili wtargnięcie, no bo pracował na czarno - opowiada. - Ale teraz jestem sprytny! - doda zaraz. Ma dwie prace - w jednej ochrania za 6 zł za godzinę, w drugiej za 5,50.
Na stole obok herbaty kładzie zapełnione drobnym maczkiem grafiki dyżurów.
Ta liczba na początku niewiele powie, przyda się matematyka. Iloraz z 520 podzielonych na 24 godziny da prawie 22 doby w miesiącu wypełnione tylko pracą. Albo prawie 17 godzin dziennie wypełnionych pracą. W pozostałych siedmiu godzinach Rysiek musi zmieścić wszystko inne: sen, rozmowę z synem, prysznic, zakupy. W tym roku udało mu się wyjechać na wakacje, nagimnastykował się, żeby dostać wolne okienko w dwóch firmach.
Rysiek: - Nie ma życia! W kwietniu zostałem dziadkiem, widziałem wnuka dwa razy. Zrobili z nas niewolników. Z nas wszystkich: kasjerek, sprzątaczek, ochroniarzy, ludzi od wywozu gówna. Nas nie stać, żeby nie pracować. Nawet za półdarmo. Przyjdziemy zawsze, umęczeni, chorzy. Wiesz, miałem kolegów, co zeszli na służbie. Do pracy pisze się tylko oświadczenie, że jest się zdrowym, badań nikt nie robi. Jeden wyglądał na siedemdziesiątkę, a miał trzydzieści kilka. Zszedł na kiblu w pracy, z wycieńczenia.
Rysiek radzi, żeby poczytać gazety i zwrócić uwagę na nagłówki: "śmierć ochroniarza", "ochroniarz wpadł do zbiornika", "ochroniarz zmarł na służbie z powodu zatoru...", "ochroniarz popełnił samobójstwo ze służbowej broni...".
Rysiek: - Jeszcze dwóch innych znałem, co padli. Bo taka jest prawda: padamy.
Już nie czuję, że śmierdzę. Obieranie cebuli na czarno w Wielkopolsce
Grupa inwalidzka mile widziana
Wrocław. Całe szczęście, że Cezary jest niepełnosprawny.
Ma grupę inwalidzką i dlatego każda firma ochroniarska przyjmie go z wielką radością.
Za niepełnosprawnego firma dostanie dotację z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i dzięki temu często będzie miała pracownika za darmo. Agencje ochrony zatrudniają więc niepełnosprawnych masowo, na wszystkie stanowiska, zdarza się, że nawet jeśli ktoś ma problemy ze wzrokiem i nogami, to pilnuje supermarketu na linii kas. Im więcej schorzeń, tym lepiej. Co roku z budżetu płynie do firm ochroniarskim około miliarda złotych. Kontrole NIK wykazywały, że pieniądze są wykorzystywane niezgodnie z prawem - zamiast aktywizować niepełnosprawnych używa się ich do dofinansowywania działalności gospodarczej.
Sławomir Wagner, Polska Izba Ochrony: - Jak pieniądze leżą na ulicy, to głupio nie sięgnąć.
Marcin Pyclik, agencja Konwój: - Tak, zatrudniam niepełnosprawnych, ale na stanowiska, które mogą wykonywać, nie traktuję ich jak zysku dla firmy. Ale wiem, jak jest: wygramy przetarg trzema niepełnosprawnymi, trzeba sobie takich znaleźć.
Jak szybko znaleźć? Daje się ogłoszenie: ochrona 16 zł za godzinę. Nikt tyle nie zapłaci, ale zgłoszą się tłumy i łatwo można uzbierać bazę numerów osób z grupą inwalidzką.
Ogłoszenia o pracy: "Przyjmiemy najchętniej z grupą inwalidzką". Ochroniarze mawiają: zamiast załatwiać sobie licencje, załatw lepiej grupę.
Janek z Wrocławia, bezdomny: - Szefowa zobaczyła wypis ze szpitala, że mam zanik nerwu wzrokowego: Janeczku, wspaniale, proszę to załatwić!
Krzysztof Witulski, magazyn "Ochroniarz":
Cezary: - Ale nawet jak masz grupę, to walą cię na kasę. W agencji Kompleks ochranialiśmy przedszkole. Po trzech miesiącach umowa-zlecenie. W agencji V88 chroniłem budowy. Przyjeżdża koordynatorka, umowa-zlecenie za złotówkę w nadgodzinach. "Taka potrzeba firmy, panie Cezary". W Piaście, wypożyczalnia maszyn budowlanych, zamykałem się w środku, było spanko. Ale firma wygrała przetarg na duże magazyny i pilnie potrzebowali ludzi. Koordynator mówi, że będę tam robił obchody, półtora kilometra w pół godziny. A ja mam grupę inwalidzką właśnie ze względu na nogi - mówi.
Kilkanaście lat wcześniej: Czarek pracuje w policyjnej prewencji. Małżeństwo wisi na włosku, odszedł. Teraz mu się tamta praca przypomina.
Ten trup się nie liczy. Tropimy policyjne statystyki
ZUS chronimy za 5 zł
Wrocław. Zośka, dziewczyna Janka z ogródków na Oporowie, też zaczęła wczoraj pracować w ochronie, Janek załatwił. Było trochę na opak: najpierw do pracy na 12 godzin, a potem na rozmowę kwalifikacyjną. Poprosili o dowód, ale zgubiła, więc sama podała nazwisko i PESEL. Zatrudniona. 4,80, na czarno, a jakby chciała na biało, to 3,50. Zośka trochę się martwi, bo w miejscu, którego pilnuje, nie ma bieżącej wody ani toalety, niby są krzaki, ale niskie, a zaraz domy. - To sobie wymyśliłam tak: wzięłam folię i na tę folię się załatwiłam. Zawinęłam i wyrzuciłam do śmieci.
Janek dalej pilnuje terenu, gdzie politechnika kończy budowę hali sportowej, a dalej są laboratoria.
Agnieszka Niczewska, rzeczniczka PWr przesyła dane, z których wynika, że ochroniarze na politechnice zarabiają godziwie: - Tamten teren przekazaliśmy teren w sierpniu ubiegłego roku generalnemu wykonawcy (Moris Polska) i to on odpowiadał za wszelkie prowadzone prace, także ochronę.
Firmy budowlane zrzucają winę na agencje ochrony: powinny przecież odpowiadać za swojego pracownika i za to, jakie ma warunki. Agencje - na klienta.
Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony:
Tak jest zawsze, nie znajdzie się odpowiedzialnego za to, że Zośka pracuje za 3,50, a jej toaletą jest kawałek brudnej folii.
Najgorzej, tak mówią ochroniarze, jest w instytucjach publicznych. To pokłosie "taniego państwa" - najważniejszym kryterium przetargów miała być cena, choć dwa lata temu wprowadzono klauzule społeczne, mało gdzie się tego pilnuje.
Rysiek z Warszawy ma kolegę, który stoi w budynku ZUS. - Za 5 zł, ale wolałbym nie rozmawiać w ogóle, bo ja wolę mieć te 5 zł, niż nie mieć - mówi, kiedy do niego dzwonimy.
Tanie państwo bije w twarz
W przetargu krakowskiego pogotowia (najważniejszym kryterium cena) wygrała firma za 5,32 na godzinę, po odjęciu za uniform i krótkofalówkę ochroniarz dostał 4 zł. Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Toruniu wycenił ochronę na 5,95 za godzinę. Sąd Rejonowy w Legnicy - na 5,79.
Kilka miesięcy temu wrocławska Partia Razem przepytywała z zarobków i zatrudnienia ochroniarzy, szatniarki i sprzątaczki na wrocławskich uczelniach.
Waldemar Mazur z Razem: - W większości przetargów UWr (zazwyczaj po 90 proc. i więcej) decydowała cena. Wygrywały oferty najtańsze, a najłatwiej ściąć cenę kosztem pensji pracowników. Odwiedziliśmy wszystkie wydziały, a na nich większość instytutów i katedr. Uzbieraliśmy 50 ankiet, niewiele, bo część pracowników bała się rozmawiać. Szczególnie złe warunki zatrudnienia były na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii. W gorszej sytuacji od pracujących w ochronie były szatniarki i sprzątaczki.
W marcu Razem napisało list otwarty do władz wrocławskich uczelni. - Zostaliśmy zignorowani. Po dwóch tygodniach pokusiłem się o telefony do rektorów UWr i PWr, ale odbiłem się od rzeczników. Zasłaniali się gorącym okresem wyborczym. Na uwagę, że może to moment, kiedy warto się nad problemem pochylić, odpowiedzieli, że nie są to priorytety, z jakimi mierzą się obecnie wrocławskie uczelnie.
Agnieszka Niczewska, rzeczniczka PWr: - List otwarty nie dotyczył żadnej konkretnej sprawy, był apelem. Partia wysłała go na ogólny adres kancelarii rektora, nie można więc uznać go za list do rektora politechniki.
Michał Kulczycki, szef "Solidarności" Pracowników Ochrony, Cateringu i Sprzątania, razem ze współpracownikami wiosną odwiedzał budynki polskich ministerstw i pytał ochroniarzy. Przesyła nam tabelki - w Ministerstwie Finansów (Argus) stawka to 7,30, brak pomieszczenia socjalnego i problemy z umundurowaniem. W Ministerstwie Kultury (CD BIS) 6,50, pracownicy skarżą się na złe warunki. W Ministerstwie Nauki (Basma Security) stawka to 5 zł (obiecano nowy przetarg).
Rysiek: - Pojechałem kiedyś do Państwowej Inspekcji Pracy na ulicę Zielonego Dębu poskarżyć na agencję Kompleks. Patrzę, a PIP ochrania właśnie Kompleks. No, kurde! Zainteresowałem się. Przetarg wygrali na 8,50 zł brutto. Ile dostali ochroniarze? 3,50.
Razem. Pięć minut sławy i co dalej
Jędrek Security, Jędrek Monitoring
Przyczepa kempingowa w środku łąki bez wody, toalety, prądu.
Marcin Pyclik, agencja Konwój: - Nie ma przymusu brać tanich zleceń. Ja uważam, że my, agencje ochrony, jesteśmy sobie winni. Sami psujemy sobie rynek. W przetargu 10 zł, pełny serwis z kamerami, na stronach zdjęcia wysportowanych ludzi w dobrym sprzęcie, a to pic na wodę, bo czasem firma nawet mundurów dla tych ludzi nie ma. Klienci nie weryfikują. Jest tak: jedni udają, że chronią, a drudzy płacą za tę ochronę.
Michał Kulczycki, "Solidarność": - Umowy o pracę zamienili na zlecenia, potem na dwa równoległe zlecenia, wydłużają okresy rozliczeniowe. Ochroniarze odśnieżają i strzygą trawę, bo mniej zapłacić się już nie da.
Cezary z Wrocławia: - Pierwszą umowę daje się na 50 zł za roznoszenie ulotek, a drugą, że w ochronie. Ale to od tej 50 zł jest odprowadzany ZUS. Tam, gdzie pracuję, Juwentus robi ludziom wypłatę co dwa miesiące, dzięki temu ZUS płacą tylko sześć razy w roku.
Taka jest potrzeba firmy, mówią. Rynek tak ustalił.
Od 1 stycznia wchodzi minimalna stawka godzinowa 12 zł.
Cezary z Wrocławia: - W agencjach słyszę płacz. Szef: panie kochany, co oni z nami, kurwa, robią. Potem odjeżdża mitsubishi pajero, a my aż zaciskamy pięści. Godzinowa ma powstrzymać patologie, jak te w agencjach ochrony. Czy powstrzyma?
Marcin Pyclik, Konwój: - Są już sposoby. Pracownik dostanie 12 zł, ale odda kilka złotych za wynajęcie munduru i wyposażenia, nadal będzie zarabiał mniej.
Krzysztof Witulski, magazyn "Ochroniarz": - Szybko się przepoczwarzą. Podstawą do zabrania koncesji jest grubość blach na drzwiach magazynu z bronią, ale nie oszukiwanie pracowników. Firma ma wiele koncesji, potem, jak są kłopoty, to zamiast Jędrek Security jest w zapasie Jędrek Group albo Jędrek Monitoring pod tym samym logo i na nie przepisuje się kontrakty. Agencje ochrony powstały nie po to, żeby chronić, ale żeby przynosić zysk. Nie znam przypadku, żeby firma zniknęła z rynku, bo robiła przekręty.
Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony, nawet chciałby, by pracownikom było lepiej, choć może wyglądać to niewiarygodnie, bo do tej pory ze wszystkimi zmianami (ZUS, stawka godzinowa) walczył. Tak właśnie mówi: walczyliśmy, poszliśmy walczyć, walczyliśmy długo. - Bo za szybkie zmiany to nieszczęście. Klient się musi dostosować i znaleźć pieniądze. Czy nie można tej godzinowej najpierw od 9 zł? Przecież niektóre firmy mają 70 proc. pracowników na umowy-zlecenia. To są oficjalne dane giganta - Konsalnetu. Nie jesteśmy przeciwni zmianom, bo to metoda ucywilizowania rynku, ale powoli. Teraz wiele firm zacznie zatrudniać na czarno, a najwięksi zlikwidują stanowiska, dopóki klient nie przyzwyczai się do nowych stawek. A przecież ochrona jest potrzebna: magazyny, osiedla...
Prekariat. Wyklęty lud ziemi, o jakim Marksowi się nie śniło
Ochroniarz czyta Konfucjusza
Wrocław. Ekonomiście Romanowi obiecali dziś w ochronie 5 zł za godzinę, ale koledzy mówią, że tylko przez telefon brzmi tak fantastycznie, w rzeczywistości będzie 4,70.
Poznań. Sprawę bezdomnego Włodka, który wygrał w sądzie z agencją ochrony, przejmuje komornik. Pisze, że postępowanie egzekucyjne jest bezskuteczne: dłużnik nie posiada majątku, rachunku bankowego, nie figuruje w ewidencji urzędu skarbowego, nie ma zarządu. Kwoty nie można ściągnąć z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń, bo sprawa toczy się przed sądem cywilnym, a nie pracy. Dlaczego? Bo Włodek nie miał umowy o pracę, pracował na zlecenia. Jedzie do głównej siedziby TG Group Security, ale mieści się tam już inna firma - TG Security. Ten sam telefon, prawie to samo logo. Włodek widzi przed firmą Hemmerlinga.
Też pytamy TG Security: co z wynagrodzeniem dla Włodka? Każą wysłać e-maila.
"TG Security nigdy nie zawierało umowy z Panem Włodzimierzem Knasieckim. Z informacji, które posiadamy, ten pan był pracownikiem naszego podwykonawcy, z którym nasza spółka zakończyła współpracę ponad rok temu" - odpisują.
Marek Przywecki, komornik, który próbuje odzyskać pieniądze Włodzimierza:
Dzwoni Mariusz Hemmerling: - Tej firmy nie ma, sprzedałem ją. Ochroniarz zrzekł się wypłaty, będę się odwoływał od wyroku. Przyznaję, że warunki były fatalne. PIP dał za to inwestorowi karę i nas też ukarano.
Agnieszka Mróz z Inicjatywy Pracowniczej uważa, że wyzysk nakręcają w Polsce urzędy pracy oraz instytucje zatrudniane przez samorządy do aktywizacji bezrobotnych: - Wypychają ludzi na śmieciówki, poprawiają sobie statystyki. Nie ma to nic wspólnego z aktywizacją, to tylko na papierze. Nikt się nie zastanawia, co się dzieje potem z tymi ludźmi, nie śledzi ich losów. Nie dostają narzędzi, by utrzymać się na rynku. Większość z nich wraca w to samo miejsce - na ulicę. Gdzie ta prosta, na którą miał wyjść Włodzimierz Knasiecki?
Włodek jest winny właścicielce za pokój już 6 tys. Nie chce wracać na ulicę. Po Kaszubach roznosił przesyłki, zarabiał 300 zł miesięcznie. Teraz znów pracuje jako ochroniarz. Jak długo? Nie myśli o tym.
Warszawa. Kiedy Rysiek nudzi się w pracy, czyta sobie Konfucjusza. Podobały mu się zwłaszcza myśli o chciwości, że jeden chciwy cały świat pogrąży w nicości. I jeszcze: "W podeszłym wieku, gdy krew stygnie, a duchy żywotne słabną, chciwości się wystrzegaj".
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.05.16 13:36 SoleWanderer "Wprost", "Do Rzeczy"... i Putin? - felieton Tomasza Piątka

ygodnik "Do Rzeczy" głosi "patriotyzm". "Wprost" na podobny "patriotyzm" niedawno się nawróciło. Ale ich publikacje bywają promoskiewskie, "Wprost" wprost cytuje Russia Today... A właścicielami obu pism są panowie L. i P., pomawiani o dziwne związki Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej Internetową odnogą "Wprost" jest portal Wprost.pl związany z tygodnikiem również własnościowo. I tak się składa, że w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku Wprost.pl opublikowało co najmniej dwadzieścia kilka artykułów, których głównym źródłem jest kremlowska telewizja i portal Russia Today. To propagandowa tuba Putina - ale Wprost.pl z taką inspiracją wcale się nie kryje. Przy każdym z tych artykułów jawnie powołuje się na Russia Today... Czy to efekt ideologicznej sympatii do zamordystów z Kremla? A może zwykłego lenistwa w rodzaju: "Wklejmy cudzy tekst, co będziemy pisać swój"? Nie wiem. W każdym razie o rozmiarze zjawiska można się przekonać, zaglądając na Wprost.pl.
Panika islamska
Znajdujące się tam artykuły z Russia Today często dotyczą islamu (co jest zgodne z kremlowskim pomysłem na pozyskiwanie europejskiej prawicy: wywoływaniem antyislamskiej paniki). Można w nich znaleźć także wątki specyficznie antytureckie (zapewne w związku z zatargiem między Moskwą a Ankarą). Komicznie, choć i tragicznie to wygląda, gdy obok nich na stronie Wprost.pl plącze się jeden zabłąkany tekst Tatiany Kolesnyczenko. Ona akurat atakuje Putina - i wspomina, że Russia Today jest jego szczekaczką...
Jeśli chodzi o tygodnik "Do Rzeczy", to on współbrzmi z putinowską propagandą od dawna. Oczywiście, tu też bywają antykremlowskie wypowiedzi, np. w duchu histerii smoleńskiej. Ale już trzy lata temu redaktor naczelny Paweł Lisicki w artykule wstępnym zachwycał się twardą ręką Putina wobec gejów.
Nieco później Waldemar Łysiak na okładce pisma szarpał flagę ukraińską, oddzierając ją od polskiej. Gdy Putin atakował Ukraińców i ich ojczyznę, "Do Rzeczy" epatowało czytelników dawnymi zbrodniami banderowców na Wołyniu. A Rafał Ziemkiewicz sugerował, że trzeba liczyć się z potęgą Rosji... Zgodna z linią Kremla "panika islamska" nieustannie jest obecna w tygodniku, wyróżnił się pod tym względem Marcin Wolski.
Wspólne pieniądze
Jednak nie tylko kremlowska treść łączy "Wprost" z "Do Rzeczy". Także pieniądze. Oba tygodniki należą pośrednio do spółki PMPG Polskie Media SA.
Na stronie Wprost.pl możemy przeczytać: "Wydawcą tygodnika WPROST oraz serwisu Wprost.pl jest Agencja Wydawniczo-Reklamowa WPROST. Od 2010 r. większościowym udziałowcem AWR WPROST jest notowana na GPW w Warszawie spółka PMPG Polskie Media SA (GPW: PMPG). Prezesem Zarządu AWR WPROST i PMPG Polskie Media jest Michał M. Lisiecki - wydawca, menadżer, przedsiębiorca, ekspert rynku mediów i komunikacji marketingowej".
A kto chce dowiedzieć się czegoś o "Do Rzeczy", może zajrzeć do serwisów opartych na Krajowym Rejestrze Sądowym (jak KRS-Online i Moje Państwo). Zobaczy tam, że spółka PMPG Polskie Media SA jest też udziałowcem firmy o pięknej nazwie Orle Pióro. Firma ta wydaje tygodnik "Do Rzeczy". Drugim udziałowcem Orlego Pióra jest Michał M. Lisiecki z PMPG Polskie Media SA.
Ta ostatnia spółka w komunikacie z 2013 r. podaje, że 20 proc. akcji Orlego Pióra mają dziennikarze "Do Rzeczy" (i że złożona z nich spółdzielnia na równi z inwestorem strategicznym ma wpływ na wybór redaktora naczelnego tygodnika). Ale nie wiadomo, czy ta informacja jest aktualna, a nawet prawdziwa. Bo serwisy oparte na KRS podają, że udziałowcami byli i są PMPG oraz Lisiecki. Nikogo innego tam nie widać...
W każdym razie PMPG Polskie Media SA chwali się jednym i drugim tygodnikiem na swojej stronie głównej. Spółka określa tam "Wprost" i "Do Rzeczy" jako "nasze media".
A czyja jest sama spółka?
Nie będzie wielkim zaskoczeniem, że głównym udziałowcem PMPG Polskie Media SA, posiadającym ponad 62 procent akcji, jest znowu Michał Lisiecki. Tak mówi raport za rok 2015 opublikowany przez spółkę na jej stronie.
Według tego samego raportu drugim akcjonariuszem spółki pod względem wielkości posiadanych udziałów jest Jarosław Pachowski, który ma 6,46 proc. jej akcji.
Pan Pachowski
Kim są obaj panowie? Zacznijmy od tego drugiego, bo jego obecność tutaj najbardziej zaskakuje.
Jarosław Pachowski jest członkiem słynnej Ordynackiej, czyli stowarzyszenia byłych PRL-owskich działaczy młodzieżowych. Zasiada również w radzie fundatorów Fundacji im. Kelles-Krauza (razem z takimi tuzami postkomunistycznej "lewicy", jak Longin Pastusiak, Tadeusz Iwiński, Jerzy Józef Wiatr i syn tego ostatniego, Sławomir). Za czasów SLD był prezesem Polkomtelu i wiceprezesem TVP u boku Roberta Kwiatkowskiego. Przesłuchiwała go też komisja śledcza ds. afery Rywina (aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że nic mu wtedy nie udowodniono).
Wcześniej, za PRL, Pachowski był prominentnym członkiem PZPR. Założył wydawnictwo Alma Press należące do Zrzeszenia Studentów Polskich.
Znając paranoiczne myślenie rozpowszechnione wśród prawicowych czytelników, już to powinno odstraszyć ich od "Wprost" i "Do Rzeczy".
Ale to nie koniec. Istnieje bowiem coś takiego jak raport Macierewicza z likwidacji WSI. Tekst ten rzekomo dowodzi "niebezpiecznych związków" prezydenta Komorowskiego z ludźmi służb PRL. Choć raport w wielu punktach został zdyskredytowany - także przez wyroki sądowe - prawica traktuje go jak wyrocznię. I skutecznie umiała się posłużyć nim w kampanii prezydenckiej.
Dostępna w sieci wersja raportu Macierewicza mówi o Jarosławie Pachowskim. I mówi o nim brzydkie rzeczy. Według tego raportu Pachowski w przeszłości był "znanym kontaktem" niejakiego A. Oskina (sowieckiego agenta oczywiście).
Specjalnie podkreślę: to nie ja tak mówię. Tak mówi niewiarygodny raport niewiarygodnego polityka.
Po co więc w ogóle cytuję tego rodzaju "dokument"? Cóż, trudno udawać, że go nie ma, gdy zawarte w nim insynuacje tak mocno oddziałują, zarażają Polaków powszechną i groźną nieufnością.
A chyba też rozdwojeniem jaźni.
Sięgam bowiem po rewelacje Macierewicza, żeby zadać pytanie z pogranicza psychiatrii. Jak to się dzieje, że prawicowcy wierzą w jego raport - a równocześnie czytają "Wprost" i "Do Rzeczy"?
Pan Lisiecki
W sprawie głównego udziałowca wydającej oba pisma spółki PMPG, Michała Lisieckiego, głos zabrała jeszcze jedna prawicowa wyrocznia od spisków. Osławiona "dziennikarka" Dorota Kania, ta od "Resortowych dzieci".
Kania była skazywana za zniesławienie, raz nawet za wyłudzenie. Nie wierzę jej tak samo jak Macierewiczowi. Ale prawicowi czytelnicy zwykle wierzą...
O Lisieckim i związanych z nim firmach Dorota Kania w 2011 r. pisała:
„Obecny wydawca » Wprost «- Platforma Mediowa Point Group - jeszcze pięć lat temu była mało znaczącą spółką na rynku mediowym. Jej prezesem i współwłaścicielem jest 34-letni Michał Lisiecki, szczecinianin (...).
W Warszawie interesy zaczął prowadzić na przełomie 2000/2001. Z dokumentów, do których dotarła » Gazeta Polska «, wynika, że w sierpniu 2001 r. Michał Lisiecki i jego wspólniczka Katarzyna Gintrowska jako przedstawiciele spółki Point Group wynajęli ponad 800-metrowy budynek położony w atrakcyjnym miejscu stolicy przy parku Szczęśliwickim na warszawskiej Ochocie. Umowa była skonstruowana tak, że najemcy (czyli spółce Point Group) przysługiwało prawo podnajmowania części budynku, co dawało możliwość szybkiego zysku. W imieniu Dipservice umowę z Point Group podpisał Andrzej Derlatka, funkcjonariusz wywiadu PRL. Po dojściu SLD do władzy w 2002 r. Andrzej Derlatka został wiceszefem Agencji Wywiadu, a w 2004 r. pełnił obowiązki szefa Agencji Wywiadu (...).
Rzeczywistą przepustką do wielkiego biznesu dla Michała Lisieckiego było podpisanie w 2006 r. umowy z notowaną na giełdzie spółką Arksteel. Połączenie obydwu spółek nastąpiło w wyniku przejęcia Point Group Sp. z o.o. (spółka przejmowana) przez Arksteel SA. Wspólne przedsięwzięcie przyjęło nazwę Platforma Mediowa Point Group. Jak pisały media, Arksteel była spółką córką ukraińskiego Związku Przemysłowego Donbasu, który na początku 2010 r. został kupiony przez rosyjskie koncerny Evraz Group i Metalloinvest. Z ogólnodostępnych rejestrów wynika, że we władzach Platformy Mediowej Point Group znaleźli się ludzie z Donbasu, którzy później trafili do Arksteelu: Konstantyn Lytvynov, Giuseppe Mirante, Maksym Mordan, Oleksiy Petrov, Oleksandr Pylypenko, Sergiy Taruta (jeden z największych udziałowców Donbasu) i David Williams".
Proszę Państwa, tu już kompletnie nie umiem wejść w prawicowe głowy.
Bo jeśli ufamy "Wprost" i "Do Rzeczy" - to musimy przyznać, że raport Macierewicza i Dorota Kania znacząco mijają się z prawdą! Przynajmniej w tym przypadku. W przypadku dwóch ważnych przedsiębiorców bardzo ważnego sektora.
A jeśli ufamy Macierewiczowi i Kani, to czy możemy ufać "Wprost" i "Do Rzeczy"?
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,20080495,wprost-do-rzeczy-i-putin.html#ixzz48olOlfam
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]